Czy nastolatki chcą być całowane przez rodziców

Niedawno podczas zabawy, pieszczenia i całowania półrocznej Zuzi wyraziłam żal, że nasze starsze dzieci są już takie duże i nie można ich ciągle całować. Na moją uwagę niespodziewanie zareagowała najstarsza Asia, która odparła, że przecież wcale tak nie jest. Ona jak najbardziej chce i nigdy nie miała nic przeciwko całowaniu jej przez rodziców, bo przecież nas kocha i my ją kochamy. Szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyła, bo wydawało mi się, że tak troszkę „kradnę” im te całusy.   Z pewnym wahaniem stwierdziłam, że nie wiem, czy wszyscy tak myślą. No bo może dziewczyny mają troszkę inne spojrzenie na tę kwestię niż chłopaki. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że skoro już o tym rozmawiamy, to trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości. Poszłam więc zapytać syna. Jacek zdziwił się, gdy zapytałam go, czy mogę go całować. Pewnie się przestraszył, czego od niego chcę  hehe i kto wie, co o mnie pomyślał  wstyd , bo powiedział: no nie wiem… Szybko dodałam więc: no wiesz np. na dobranoc. Wtedy uśmiechnął się i odpowiedział: chyba tak. No i tym sposobem uzyskałam zgodę nastolatków na wyrażanie mojej miłości poprzez buziaki. Oczywiście wiem, że nie zawsze i nie wszędzie jest to dozwolone, ale w zaciszu domowym nawet nastoletni chłopak nie ma nic przeciwko temu. A może nawet  potrzebuje takich rodzicielskich dowodów miłości? ( chociaż głośno się do tego nie przyzna ).

Pierwsze krzesełko Zuzi

Wczoraj tatuś przywiózł Zuzi prezent od cioci – pierwsze krzesełko. Gdy rozpakowywaliśmy i składaliśmy nowy mebel mała spała snem sprawiedliwego. Po jakiś 3 godzinach otworzyła oczy i z łobuzerską miną zaczęła się uśmiechać i po swojemu opowiadać, co też jej się śniło :) Kiedy już wszystkie kosteczki zostały przeciągnięte i rozprostowane, wzięłam ją na ręce i pokazałam kolorowe krzesełko, po czym usadowiłam wygodnie i czekałam na reakcję.
Najpierw była troszkę zdziwiona, co też się stało i gdzie się znalazła, ale po chwili z wielkim entuzjazmem zaczęła bębnić grzechotkami w plastikowy blat. To dopiero była zabawa. I jeszcze ten wspaniały hałas, który można samemu robić, uderzając rączkami i wszystkim, co wpadnie w łapki… A do tego można też zrzucać zabawki na podłogę, patrzeć na nie z góry i czekać, aż ktoś je podniesie. Była zachwycona, że bawimy się razem z nią. Na buzi pojawił się piękny uśmiech, a chwilami wielkie skupienie – gdy gryzaczek nie chciał dać się złapać małej rączce.
My cieszymy się najbardziej z tego, że wreszcie będziemy mogli w miarę normalnie jeść przy stole, nie trzymając Zuzi na kolanach. Było to mało wygodne i trudne, zwłaszcza że jej aktywność coraz bardziej wzrastała. Stawało się to już niebezpieczne, bo machała rączkami, łapała za obrus i talerze, a najbardziej interesowały ją podnoszone do ust szklanki z herbatą. Nie polecam tego sposobu jedzenia, bo uważać trzeba zawsze, ale lepiej nie prowokować losu i nie stwarzać okazji do wypadków.
Tak więc od teraz Zuzanna będzie towarzyszyć nam przy stole w swoim specjalnie przystosowanym krzesełku i z czasem w tym właśnie miejscu rozpocznie naukę samodzielnego jedzenia. Ale na to jeszcze trochę za wcześnie.

Każdemu przyda się trochę kultury

Ostatnio jakoś często udaje mi się wybywać z domu tzn. trafiają mi się okazje różnych spotkań towarzyskich, a moja wspaniała rodzinka ( tu wielki ukłon w ich stronę  hahaha ) stara się tak zorganizować, abym mogła w nich uczestniczyć.
Parę dni temu zadzwoniła moja przyjaciółka i zaproponowała mi wyjście do filharmonii na koncert pt. „Najpiękniejsze przeboje XX wieku”. Zareagowałam z wielkim entuzjazmem, bo już nie pamiętam kiedy miałam do czynienia z kulturą przez duże K. No i wreszcie wczoraj był ten cudowny wieczór. Nie jestem wielką melomanką, ale od czasu do czasu dobrze jest posłuchać czegoś innego niż Radio Złote Przeboje. Poza tym wiąże się to z odświętnym strojem, bezpośrednim kontaktem z artystami, szczególną atmosferą, jaka wytwarza się wśród słuchających i obecnością w pięknej sali filharmonii. I chociaż artystami okazali się być studenci i uczniowie szkoły muzycznej, to grali tak pięknie, że aż otrzymali owacje na stojąco. Naprawdę zasłużyli sobie na nie. Najbardziej podobał mi się młody człowiek ( a właściwie jego gra ) grający na klawesynie. Po prostu mistrzostwo świata. Machał pałeczkami ( to się pewnie zupełnie inaczej nazywa ) tak szybko, że momentami prawie nie było ich widać. Byłam pod wrażeniem.
A po koncercie wróciłam do domu, gdzie w łóżeczku spała już słodko mała Zuzanna, przed TV siedziała Aśka i oglądała Zakochaną złośnicę, a Jacek i Karolina uczyli się w swoich pokojach.
Usiedliśmy z mężem przy kolacji i w spokoju prowadziliśmy miłą pogawędkę. Po prostu sielanka.
Stwierdziłam, że kultura „wyższych lotów” wpływa na kulturę w ogóle, na życie rodzinne i towarzyskie. Dobrze jest od czasu do czasu zobaczyć dobry film, sztukę teatralną, czy posłuchać koncertu. Ja zrobiłam sobie mocne postanowienie, że będę bywać częściej w świecie kultury. Może już niedługo uda się zabrać na jakąś wystawę naszą najmłodszą córeczkę…

Zuzanna skończyła 6 miesięcy

Czas biegnie tak szybko, że nawet się nie obejrzałam , jak minęło pół roku od narodzenia naszej najmłodszej córeczki. Jest teraz taka rozkoszna, że nie sposób się przy niej nie zatrzymać choć na chwilę. Po prostu trzeba na nią popatrzeć, pobyć z nią, uśmiechnąć się choćby się było w najgorszym humorze. Ma w sobie taką radość życia, że rozsiewa ją dookoła siebie i dzieli między członków rodziny. Cieszy się ze wszystkiego: że mama idzie z butelką mleka, że zmienia się jej pieluszkę, że nareszcie będzie kąpana ( to chyba najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia ), że może bawić się swoimi grzechotkami i gaworzyć do woli.
Czasem się zastanawiam, gdzie ta niemowlęca radość znika z wiekiem. Dlaczego w oczach nastolatków i dorosłych brak tych wesołych iskierek a usta często wyginają się, ale w drugą stronę.
Zuzia obserwuje wszystkich bardzo uważnie i często próbuje naśladować różne odgłosy. Ostatnio podchwyciła „kaszelek” i z upodobaniem zabawia się tym nowym dźwiękiem w łóżeczku. Dziś została na trochę z babcią, a po powrocie usłyszałam, że dziecko kaszle. I babcia wyglądała na bardzo zmartwioną.  Musiałam jej przypomnieć, że kilka dni temu sama bawiła się z małą w ten sposób… Ta zabawa wystarczyła, aby Zuzka pojęła jak wydać z siebie taki dźwięk.
Mała coraz lepiej siedzi i widać, że sprawia jej przyjemność samodzielne sięganie po rozłożone obok zabawki. Czasem plecki się męczą i wtedy opiera się na rączkach. Wygląda wtedy troszkę, jak żabka i jest dla mnie sygnałem, że czas położyć dziecko, aby kręgosłup odpoczął.
Zuzka nadal pozostaje wielkim śpiochem, co mi wcale nie przeszkadza. Nie poddaje się książkowym regułom i robi sobie 2 długie drzemki przed południem oraz jedną długą lub 2 krótsze po południu. Oprócz tego normalnie przesypia ok. 8 godzin w nocy.
Rośnie, jak na drożdżach i nie ma z nią problemów. Kochamy ją wszyscy bardzo i ona o tym wie. Patrzy domownikom w oczy i robi do nas swoje śmieszne minki. Uwielbia obserwować swoje starsze siostry i brata. Cieszy się zawsze, gdy do niej podchodzą. Mam nadzieję, że ta więź pozostanie między nimi na zawsze.

Mamusia ma wychodne

Przedwczoraj miałam urodziny i Mąż zabrał mnie na kolację. Starsze córy zaopiekowały się małą Zuzią, więc mogłam bez stresu wyjść. Już dawno nie udało mi się wyrwać z domu na tak długo. Lekko podekscytowana tym faktem i perspektywą spędzenia miłego wieczoru tylko w towarzystwie mojego od 20 lat ukochanego Męża, zrobiłam sobie delikatny makijaż i w drogę.
Usiedliśmy sobie w przytulnym miejscu i złożyliśmy zamówienie. Jedzenie było pyszne a atmosfera bardzo miła. Po lampce wina zrobiło mi się gorąco, lekko szumiało w głowie a na twarzy pojawiły się niesamowite wypieki. No tak, zawsze miałam słabą głowę a teraz bardzo dawno nie piłam alkoholu. Miło gawędziliśmy sobie przy kawce a za oknem padał upragniony deszcz.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, twarz owiało mi rześkie, wiosenne powietrze. W świetnych nastrojach wróciliśmy do domu, gdzie czekały na nas dzieci.
Nie było mnie około 3 godziny a już się za nimi stęskniłam. To dziwne, ale wyglądały jakoś inaczej. Miałam wrażenie, że dawno się nie widzieliśmy. Mogłam bez problemu słuchać ich opowieści ( czasem dziwnej treści ), nie denerwowały mnie nie wykonane obowiązki, ze spokojem przyjęłam marudzenie zmęczonej Zuzi. Po prostu spłynął na mnie stoicki spokój. Skąd się to wzięło? Z zaledwie kilku chwil spędzonych poza domem, z oderwania od codziennych obowiązków, z bujania w obłokach. „Wychodne” pozwoliło mi zaczerpnąć nowych sił, uzbroić się w cierpliwość, napełnić serce miłością i dobrocią, oddaniem i wyrozumiałością. Teraz mogę znów stawić czoła codzienności i czekać do następnego razu.
Doszłam do wniosku, że dla zdrowia psychicznego i dobrej atmosfery w rodzinie, mamusia musi czasem mieć wolne popołudnie. Zamierzam się tego trzymać i konsekwentnie wcielać w życie.

Jak znaleźć dobrą nianię

Urlop macierzyński skończył mi się już dawno. Wykorzystałam też urlop wypoczynkowy za zeszły rok i jestem w trakcie tegorocznego. Chciałabym jak najdłużej pozostać z Zuzią, bo wiem jaki ten okres jest ważny w życiu dziecka. Tak gwałtownego rozwoju fizycznego i emocjonalnego nie będzie już nigdy. Czas spędzony z dzieckiem zaowocuje w przyszłości. Dlatego też myślę wraz z mężem, żeby wziąć jeszcze trochę urlopu wychowawczego. Nie może to być długi okres, bo wiadomo – urlop wychowawczy jest bezpłatny. Mając czworo dzieci nie można sobie pozwolić, aby nie pracować zawodowo i nie zarabiać pieniędzy. Potrzeb jest bowiem dużo i nie wiadomo, jak je wszystkie godzić. Ale nie o tym chciałam dziś napisać.
Żeby wrócić do pracy muszę znaleźć mądrą, dobrą, ciepłą, odpowiedzialną nianię. Babcia bowiem, która pomagała mi w wychowaniu całej trójki starszych dzieci, nie dałaby już rady opiekować się ok. 7 godzin dziennie półrocznym szkrabem. Przeglądałam wczoraj różne fora internetowe w poszukiwaniu informacji dotyczącej kwoty, jaką będę musiała poświęcić na ten cel. Wiem, że codzienny kontakt z małym dzieckiem wymaga wiele wysiłku i nie jest to praca, w której można usiąść sobie na krześle i tylko pilnować, aby nic złego się nie działo. To z pewnością duży wysiłek i duża odpowiedzialność, które powinny być odpowiednio nagrodzone. Wiem to wszystko, wiem, ale… No właśnie pozostaje, „ale”.
Ile możemy zapłacić, żeby powrót do pracy miał jakiś sens? Bo jeśli 3/4 mojej pensji pójdzie na opłacenie niani + dojazdy do pracy, to niewiele już zostanie.
To może poszukać tańszej opiekunki? Z tego, co przeczytałam – nie warto, bo osoby, które życzą sobie mniej nie mają odpowiednich kwalifikacji i może się okazać, że dziecko pozostające pod ich „opieką” wcale się nie rozwija lub w ogóle uwstecznia. Do tego pozostaje jeszcze kwestia zaufania. Czy każdą osobę zostawiłabym samą w domu z najcenniejszym moim skarbem – dzieckiem? Na pewno nie.
To jak w takim razie pogodzić wszystkie 3 rzeczy: odpowiednio wynagrodzić, zostawić część wypłaty we własnym portfelu i znaleźć osobę godną zaufania?
Trochę się załamałam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej w takim układzie zacisnąć pasa, zmniejszyć wydatki i pozostać z Zuzią w domu? Tak źle i tak niedobrze.
W końcu przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, ostatnia deska ratunku – zaprzyjaźnione panie emerytki. Może któraś z nich zechce zająć się naszą córeczką i nie zedrze z nas ostatniej skóry? Zobaczymy…


Kiedy zacząć urozmaicać dietę niemowlęcia

Obecnie preferuje się wprowadzanie nowych pokarmów w 5 miesiącu życia – jeśli dziecko jest karmione sztucznie i w 6 mies. – jeśli karmione jest naturalnie. Pamiętajcie jednak, że są to tylko ogólne, uśrednione ramy czasowe, których nie zawsze trzeba się sztywno trzymać.
Mój 16letni obecnie syn odmówił picia mleka w wieku 3 miesięcy.Bałam się, że coś jest z nim nie w porządku i wezwałam lekarza. Na szczęście malec okazał się całkowicie zdrowy. Lekarz wytłumaczył mi wtedy, że zdarzają się dzieci, które nie chcą pić mleka i trzeba im wtedy wprowadzić do diety nowe składniki. Wtedy był to robiony domowym sposobem ( ze zsiadłego mleka ) twarożek i jabłuszko. Nie polecam tego nikomu, bo chociaż syn wyrósł zdrowo to obecnie tyle się słyszy o wszelkiego rodzaju alergiach, że sama nie odważyłabym się dać czegoś podobnego do zjedzenia naszej małej Zuzi. Mimo że trójkę starszych dzieci wychowałam na owocach i warzywach z własnej działki to teraz kupuję słoiczki z gotowymi zupkami i deserkami. Nie jestem pewna czy jest w nich mniej chemii, niż w warzywach kupionych na straganie, ale coś trzeba wybrać i komuś wierzyć.
Zgodnie z zaleceniem książkowym zaczęłam wprowadzać pierwszedeserki na początku 5 mies. życia Zuzi, ale mała miała duże kłopoty zpołykaniem pokarmu. Nie umiała przesunąć małej porcji w kierunkuprzełyku. Często się krztusiła i miała odruch wymiotny. Ponieważ wdalszym ciągu ulewała duże ilości pokarmu po jedzeniu, dałam jej isobie spokój. Postanowiłam poczekać jakiś czas, żeby jej niezniechęcić. Potem lekarz zmienił córce mleko, więc znów czekałam, ażprzystosuje się do nowego. W sumie więc przerwa trwała dość długo, bookoło trzy tygodnie. Gdy ponownie zaczęłam próby z jedzeniem łyżeczkąokazało się, że wszelkie przeszkody zniknęły, a Zuzia nawet samaotwiera buzię, żeby dać jej jeszcze.
Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że warto być cierpliwym i nie trzymać się sztywno książkowych instrukcji. Jeśli dziecko prawidłowo się rozwija i przybiera na wadze to nie ma znaczenia, jeśli pozna smak nowych potraw o miesiąc później czy wcześniej. Jeśli będziemy postępować na siłę może to natomiast wywołać u dziecka odwrotny skutek,czyli niechęć do jedzenia w ogóle.

Jak ubierać malucha wychodząc na spacer

Od kilku tygodni pięknie grzeje nam słoneczko, a ja wciąż widzę na spacerze lekko ubrane mamusie lub babcie z dziećmi pozawijanymi w grube koce i kołderki, w ciepłych bluzach, kurtkach i swetrach. Po jakimś czasie, gdy mijałam kolejny wózek z opatulonym maluchem, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno mojej Zuzi jest wystarczająco ciepło? Sprawdziłam rączki, nóżki, kark – uff, wszystko w porządku. Dziecko było cieplutkie i co najważniejsze, nie zgrzane. Żeby rozwiać swoje wątpliwości do końca, zapytałam pielęgniarkę szczepiącą Zuzkę, jak powinno się ubierać maluchy w takie ciepłe dni. Potwierdziła moją teorię, że podobnie jak siebie.
To przecież powinno być dla wszystkich oczywiste, że dziecku też jest gorąco. Jeśli mama zakłada na siebie tylko cienką bluzeczkę to dlaczego pakuje swoje dziecko w grubą bluzę czy sweter? Nie mogę tego zrozumieć zwłaszcza, że w głębokim wózku z podniesioną budą jest jeszcze cieplej. Potem mamy się dziwią, że dzieci są niespokojne i płaczą. One wołają tak, jak potrafią: gorąco mi mamusiu.
Zaobserwowałam w parku jeszcze gorszą rzecz – ludzi opalających swoje maleństwa. Siedzi sobie na przykład para na ławeczce w cieniu, a wózek odwrócony przodem do słońca stoi kilka metrów od nich w najbardziej nasłonecznionym miejscu. Albo – mamusia czyta książkę i opala w tym czasie maleństwo w wózku. Albo – stoi tatuś na środku skwerku i wystawia twarz do słońca i podobnie podgrzewa dziecko w wózku. Aż mi się włos jeży, jak to widzę i powstrzymuję się żeby nie podejść i nie zwrócić uwagi. Ludzie, przecież skóra niemowlęcia jest niezwykle delikatna i wrażliwa. Nie wolno jej wystawiać bezpośrednio na słońce. Nawet w półcieniu buźka dziecka szybko nabiera rumieńców i opala się. Dlatego trzeba też stosować dobre kremy z filtrem zapobiegające poparzeniu. Dawka promieniowania słonecznego, która dla dorosłego jest zaledwie miłym ciepłem, może grozić maleństwu poparzeniem i udarem.
Proszę Was o więcej wyobraźni. Nie róbcie krzywdy Waszym dzieciom.


1 Maja – święto rodziny

Dziś był przepiękny dzień, bo mogliśmy go spędzić razem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy tak długo całą rodzinką. Zostawiliśmy za sobą wszystkie nasze codzienne obowiązki i wyruszyliśmy na działkę. Nie interesował mnie bałagan w domu, nie ugotowany obiad, zakupy, pranie itp. Mąż nie pracował przy komputerze i ku mojej uciesze nawet o tym nie wspomniał. Dzieci, jak to dzieci, były zadowolone, że rodzice nic od nich nie chcą, nie pytają o lekcje, nie gonią do sprzątania…
A wszystko zaczęło się od cudownego poranka, kiedy to razem z Zuzią ( po jedzeniu o 6:00 ) zasnęłyśmy kamiennym snem. Obudziłyśmy się prawie jednocześnie o 9:30. Z niedowierzaniem spojrzałam na zegarek a Zuzia z uśmiechem od ucha do ucha zaczęła badać rączkami moją twarz. Po wspaniałym, bo przygotowanym przez Męża śniadanku, zaczęliśmy zbierać się na wycieczkę. Nawet nasz piesek wyczuł, że coś się święci i z radości aż piszczał. Kręcił się pod nogami i nie mógł się doczekać, kiedy założą mu smycz. Pakowanie się do 2 samochodów zajęło nam trochę czasu, bo dla małej trzeba zabrać wszystko na zapas i na wszelki wypadek. Całe szczęście, że zdążyłam zrobić prawo jazdy, bo teraz mielibyśmy ogromny problem. Całe towarzystwo nie mieści się już do jednego auta, a na nowy i duży samochodzik na razie nas nie stać. Kiedy ruszaliśmy spod domu Zuzanka powoli robiła się senna i jak było do przewidzenia, po drodze zasnęła. Kiedy zatrzymaliśmy się na działce na chwilę się przebudziła. Przełożyliśmy ją więc do wózka i ruszyliśmy w „trasę objazdową” po naszych włościach. Słoneczko grzało, drzewka owocowe już zaczęły gubić delikatne kwiatki i momentami wyglądało, jakby padał śnieg. Maleńka obserwowała z wózka poruszające się gałązki aż jej oczka znów zrobiły się ciężkie. Postawiłam ją w cieniu ogromnego świerku i z rozkoszą rozsiadłam się na ogrodowym krzesełku. Reszta rodzinki grała w tym czasie w siatkówkę. Czas mijał szybko a Zuzia wciąż spała. Po jakiś 3 godzinach przebudziła się wreszcie. Przebrana i nakarmiona zaczęła rozkosznie gaworzyć, jak to tylko ona potrafi. Po powrocie do domu mój kochany Mężuś zaproponował zamówienie pizzy, no bo przecież dziś święto  hehehe
Po entuzjastycznym „TAK” pozostało tylko poczekać na dostawę. Obiadek był nadzwyczaj smaczny no i nie musiałam go robić. Tak się tym wszystkim zmęczyłam, że po jedzeniu tylko na chwilkę przysiadłam na tapczanie i film mi się urwał. Popołudnie upłynęło nam równie leniwie z tym, że starsze dzieci wywędrowały z domu. Pobawiliśmy się z Zuzią, pogadaliśmy sobie i dzień się skończył. A szkoda… Dlaczego 1 maja jest tylko raz w roku? Wnioskuję za rodzinnym świętowaniem przynajmniej raz w miesiącu. No i trzeba zmienić nazwę z święta pracy ( my dziś leniuchowaliśmy ) na święto rodziny.

Pasy, czyli osiemnastkowe lanie

Nie wiem kto i kiedy wymyślił „pasy” i czy ten wątpliwy obyczaj funkcjonuje w całym kraju, ale ja cieszę się, że nie muszę w tym uczestniczyć.
Ale do rzeczy. Nie wiem, czy każdy wie, co to są pasy na osiemnastkowej imprezie. Ja do niedawna o czymś takim nie słyszałam.
Jest to coś w rodzaju obrzędu oczepin na weselu, czyli rytualne zakończenie okresu dzieciństwa i wkroczenie w dorosłość. Wszystko ładnie pięknie, tylko forma budzi moje wątpliwości. Polega to bowiem na biciu jubilata 18 razy pasem… I tylko od wykonawców tego pseudo obrzędu zależy, jak mocno i czym będą bili. Jeśli są to symboliczne lekkie uderzenia – to OK, ale zdarzają się również osoby, w których w tym momencie budzą się jakieś sadystyczne instynkty. No bo jak inaczej można określić ludzi, którzy uczestnicząc w zabawie ( będąc zaproszonymi gośćmi ) okładają małego, niepozornego chłopaka specjalnie przyniesionym w tym celu paskiem z kolcami, biją dziewczyny – jubilatki tak mocno, że te nie mogą potem siedzieć???
Na szczęście nie są to przykłady z imprezy mojej córki, ale zapewniam, że są prawdziwe. Czy jest ktoś, kto chciałby zostać potraktowany w ten sposób przez swoich gości? A z drugiej strony, zapraszając znajomych i przyjaciół na wspólną imprezę chyba powinno się wiedzieć, po kim można się czego spodziewać. Dla mnie jakiekolwiek przejawy przemocy są godne potępienia i nie należy się z nimi godzić. Dlatego na moim blogu postanowiłam zaprotestować przeciwko temu obyczajowi!!!!