Czy kolor ubranka ma znaczenie?

Od pewnego czasu zastanawiam się skąd wziął się podział kolorów na różowy dla dziewczynek i niebieski dla chłopców.
Obecnie przemysł odzieżowy oferuje ubranka dziecięce w tak szerokiej gamie kolorystycznej, że naprawdę jest z czego wybierać.
Mimo to jednak często zdarza się, że gdy ubieram Zuzi coś w odcieniu niebieskim, zaglądające do mojego wózka osoby pytają czy to chłopczyk.
A przecież wybór takiego, czy innego stroju dla dziecka to kwestia przede wszystkim gustu i funkcjonalności. Czy można mieć pretensje do mamy, która zakłada swojej córeczce niebieski kaftanik, czapeczkę, czy sukienkę? Przecież w tym kolorze szat zawsze artyści przedstawiają Maryję. Niebieski kolor powinien więc jak najbardziej kojarzyć nam się z kobiecością. A jednak został przypisany małym chłopcom, a nie dziewczynkom. I chociaż trudno sobie wyobrazić mamy ubierające swoich synków na różowo to jednak w obecnych czasach nie byłoby to już „przestępstwem”.
Uważam, że w doborze ubranek dla naszych dzieci powinnyśmy się kierować przede wszystkim ich dobrą jakością i wygodą zarówno w zakładaniu, jak i w noszeniu. Kolor nie ma w tym przypadku większego znaczenia.
Nic gorszego bowiem, gdy wystrojona dziewuszka nie może się ruszać w sztywnym różowym ubranku, albo gdy chłopiec poci się w sztucznym ale za to pięknym niebieskim dresiku.
Klosiek

Dzień Dziecka każdego dnia

     Dziś Dzień Dziecka, więc należy wszystkim malutkim i troszkę większym dzieciom życzyć wszystkiego co najlepsze.
To 1 czerwca nasze pociechy oczekują, że będziemy o nich pamiętać, obdarzymy upominkiem, buziakiem, ciepłym słowem. Moje aniołki (te większe) też oprócz życzeń chcą czegoś więcej… Nie będzie wielkiej pompy. Może pójdziemy na lody, albo do kina – zobaczymy. A Zuzia jeszcze nie wie, że dzisiaj ma święto :) , chociaż to ona dostała wielką paczkę słodyczy z mojego zakładu pracy. Oczywiście ze słodkościami rozprawiło się skutecznie jej starsze rodzeństwo, ale i tak uciechy było, co nie miara.

A tak naprawdę w tym dniu i w każdym innym najważniejsze jest poczucie bliskości, miłości, świadomość bycia kochanym.
Nie wymaga to od nas wielkich nakładów pieniędzy, kłopotów z wymyślaniem super prezentu, czy dużo cennego czasu.
Możemy dawać to wszystko naszym dzieciom i sobie w bardzo prosty sposób – przytulając się jak najczęściej.

Pięknie oddają tę prawdę słowa Virginii Satir:

By przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie.
By zachować zdrowie – trzeba ośmiu uścisków dziennie.
By się rozwijać, trzeba dwunastu uścisków dziennie.”


Klosiek

Zmartwienia matki

     Dlaczego jest tak, że matka martwi się wszystkim? Tym, co sama przeżywa i na co ma jakiś tam wpływ oraz tym, co jest poza nią. Troski dnia codziennego: strach o pracę, nieustanny brak funduszy na zwyczajne drobiazgi i na to, co do przysłowiowego gara włożyć, co jakiś czas trzeba się trochę pomartwić o zdrowie tego, czy innego członka rodziny…itp.
Największym zmartwieniem matki, czyli moim, są jednak niepowodzenia dzieci. No bo jak tu przejść obojętnie obok dziecka, które ze łzami w oczach i strachem w sercu wkuwa geografię, żeby mieć spokojne wakacje? Faktem jest, że dziecię moje zawaliło sprawę w ciągu roku i teraz są tego smutne konsekwencje, ale… to przecież moje dziecko. Przybieram więc srogą minę i usiłuję zmobilizować załamane dziewczę. Tłumaczę, że da radę, zdąży. A ona spuszcza nos na kwintę i widzę, że już prawie się poddaje.
O losie, trzeba tylko trochę wiary we własne siły! Nie mogę w żaden sposób przekonać jej, że dużo potrafi i jeszcze więcej może. Martwię się więc o nią, bo do nastolatki trudno czasem dotrzeć. I chociaż mam już doświadczenie w rozmowach z młodzieżą, to w tym przypadku napotykam na wysoki mur. Tylko chwilami wyłania się zza niego uśmiechnięta buzia mojej kochanej córeczki.

Klosiek

Zdjęcie golaska na futrzaczku

     Każda mama chętnie umieszcza w albumie zdjęcie swojego malucha na miękkim futrzanym kocyku. Dzieciątko leżące na golaska jest dumą dla świeżo upieczonych rodziców i wspaniałą pamiątką dla dorosłego już syna czy córki. I chociaż czasem dorosłe dzieci krępują się pokazywać takie fotki, to chętnie same do nich wracają. Niedawno robiłam córce album na 18ste urodziny i „futrzaczkowe” ujęcie musiało się w nim znaleźć obowiązkowo :)
Nasze dzieci mają całe mnóstwo zdjęć, ponieważ mój mąż a ich tatuś pasjonuje się fotografią i każdą wolną chwilę poświęca na eksperymentowanie z aparatem. Ja uwielbiam fotki oglądać i często do nich wracam. Nie znam się jednak na technice robienia zdjęć, bo nie muszę – mam w domu eksperta.
Jeśli chcesz skorzystać z rad mojego męża, kliknij na podany link:http://fotofree.blog.onet.pl/Jak-zrobic-piekne-zdjcie-dziec,2,ID378397513,n

Możesz kliknąć na fotkę i przeczytać jak zrobić takie ujęcie.

.

Klosiek

Dzień jak co dzień

     A u nas życie płynie sobie spokojnie z dnia na dzień. Zuzia rośnie i jest coraz sprawniejsza. Ostatnio zainteresowała się swoimi nóżkami i bardzo chętnie się nimi bawi. Najzabawniej wygląda, gdy ją przebieram i gołe nożki zadziera wysoko do góry. Łapie się za stópki i koniecznie chce włożyć sobie do buzi ( często jej się to udaje :) Uwielbia też zakładać nóżki na szczebelki łóżeczka i „wędrować” dookoła własnej osi. Robi to bardzo szybko i poprawianie jej na poduszeczce nic nie daje, bo po chwili leżą tam sobie wygodnie małe nóżki. Ćwiczy też ambitnie wkładanie smoczka odpowiednim końcem do buzi. Wcale nie jest to łatwa sztuka…
Nasza młodzież walczy ambitnie o lepsze oceny, bo koniec roku już blisko. Chciałoby się mieć dobre świadectwo, to trzeba się troszkę wysilić. Ogólnie jednak rzecz biorąc nie bardzo się chce siedzieć nad książkami, zwłaszcza, gdy na dworze świeci pięknie słońce i wiosna w pełni. To akurat rozumiem, bo też pamiętam, że w tym okresie nie było łatwo się skupić.
A Zuzia po mlecznym śniadanku i odrobinie wspólnej zabawy robi sobie dwugodzinną drzemkę ( bo noc taka krótka  ziew ). Mamusia w tym czasie zajmuje się sprzątaniem, praniem, gotowaniem i wszystkim, co wpadnie w ręce. Potem idziemy na spacer do parku, w czasie którego mała znów śpi. Dziś było bardzo gorąco i duszno, a burza na którą się zbierało już od wczoraj jakoś nie chciała do nas przyjść. Po powrocie czas na obiadek. Dziś Zuzka mnie zaskoczyła, bo po raz pierwszy z wielkim apetytem zjadła jarzynową zupkę ze słoiczka. Dotąd słabo jej to przechodziło przez zęby, których jeszcze nie ma…
Jak się mały człowiek naje, to co robi? – oczywiście znów śpi. Ciężko było zasnąć w tej duchocie chociaż oczka same się zamykały. A po południu to już tylko zabawa aż do kąpania, które po prostu uwielbia. Jest to też czas wspólnej zabawy z tatusiem. Zaśmiewa się czasem tak głośno i długo, że nie wiem czy się śmieje, czy płacze. Uderza rączkami w wodę i nic sobie nie robi z ochlapanej buzi. Przeciera twarz łapką i dalej robić fontanny.  Dziś miała tyle energii, że przy naszej kolacji zabawiała wszystkich swoimi minkami i uśmieszkami. Zasnęła dopiero koło 21:30. W samą porę, bo za oknem zaczęło grzmieć, wiać i solidnie padać. Powietrze się odświeżyło i nareszcie można swobodnie oddychać. Zaraz idę spać, bo spadające krople deszczu są piękną melodią i gwarantują kolorowe sny.

Klosiek

Czy nastolatki chcą być całowane przez rodziców

Niedawno podczas zabawy, pieszczenia i całowania półrocznej Zuzi wyraziłam żal, że nasze starsze dzieci są już takie duże i nie można ich ciągle całować. Na moją uwagę niespodziewanie zareagowała najstarsza Asia, która odparła, że przecież wcale tak nie jest. Ona jak najbardziej chce i nigdy nie miała nic przeciwko całowaniu jej przez rodziców, bo przecież nas kocha i my ją kochamy. Szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyła, bo wydawało mi się, że tak troszkę „kradnę” im te całusy.   Z pewnym wahaniem stwierdziłam, że nie wiem, czy wszyscy tak myślą. No bo może dziewczyny mają troszkę inne spojrzenie na tę kwestię niż chłopaki. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że skoro już o tym rozmawiamy, to trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości. Poszłam więc zapytać syna. Jacek zdziwił się, gdy zapytałam go, czy mogę go całować. Pewnie się przestraszył, czego od niego chcę  hehe i kto wie, co o mnie pomyślał  wstyd , bo powiedział: no nie wiem… Szybko dodałam więc: no wiesz np. na dobranoc. Wtedy uśmiechnął się i odpowiedział: chyba tak. No i tym sposobem uzyskałam zgodę nastolatków na wyrażanie mojej miłości poprzez buziaki. Oczywiście wiem, że nie zawsze i nie wszędzie jest to dozwolone, ale w zaciszu domowym nawet nastoletni chłopak nie ma nic przeciwko temu. A może nawet  potrzebuje takich rodzicielskich dowodów miłości? ( chociaż głośno się do tego nie przyzna ).

Pierwsze krzesełko Zuzi

Wczoraj tatuś przywiózł Zuzi prezent od cioci – pierwsze krzesełko. Gdy rozpakowywaliśmy i składaliśmy nowy mebel mała spała snem sprawiedliwego. Po jakiś 3 godzinach otworzyła oczy i z łobuzerską miną zaczęła się uśmiechać i po swojemu opowiadać, co też jej się śniło :) Kiedy już wszystkie kosteczki zostały przeciągnięte i rozprostowane, wzięłam ją na ręce i pokazałam kolorowe krzesełko, po czym usadowiłam wygodnie i czekałam na reakcję.
Najpierw była troszkę zdziwiona, co też się stało i gdzie się znalazła, ale po chwili z wielkim entuzjazmem zaczęła bębnić grzechotkami w plastikowy blat. To dopiero była zabawa. I jeszcze ten wspaniały hałas, który można samemu robić, uderzając rączkami i wszystkim, co wpadnie w łapki… A do tego można też zrzucać zabawki na podłogę, patrzeć na nie z góry i czekać, aż ktoś je podniesie. Była zachwycona, że bawimy się razem z nią. Na buzi pojawił się piękny uśmiech, a chwilami wielkie skupienie – gdy gryzaczek nie chciał dać się złapać małej rączce.
My cieszymy się najbardziej z tego, że wreszcie będziemy mogli w miarę normalnie jeść przy stole, nie trzymając Zuzi na kolanach. Było to mało wygodne i trudne, zwłaszcza że jej aktywność coraz bardziej wzrastała. Stawało się to już niebezpieczne, bo machała rączkami, łapała za obrus i talerze, a najbardziej interesowały ją podnoszone do ust szklanki z herbatą. Nie polecam tego sposobu jedzenia, bo uważać trzeba zawsze, ale lepiej nie prowokować losu i nie stwarzać okazji do wypadków.
Tak więc od teraz Zuzanna będzie towarzyszyć nam przy stole w swoim specjalnie przystosowanym krzesełku i z czasem w tym właśnie miejscu rozpocznie naukę samodzielnego jedzenia. Ale na to jeszcze trochę za wcześnie.

Każdemu przyda się trochę kultury

Ostatnio jakoś często udaje mi się wybywać z domu tzn. trafiają mi się okazje różnych spotkań towarzyskich, a moja wspaniała rodzinka ( tu wielki ukłon w ich stronę  hahaha ) stara się tak zorganizować, abym mogła w nich uczestniczyć.
Parę dni temu zadzwoniła moja przyjaciółka i zaproponowała mi wyjście do filharmonii na koncert pt. „Najpiękniejsze przeboje XX wieku”. Zareagowałam z wielkim entuzjazmem, bo już nie pamiętam kiedy miałam do czynienia z kulturą przez duże K. No i wreszcie wczoraj był ten cudowny wieczór. Nie jestem wielką melomanką, ale od czasu do czasu dobrze jest posłuchać czegoś innego niż Radio Złote Przeboje. Poza tym wiąże się to z odświętnym strojem, bezpośrednim kontaktem z artystami, szczególną atmosferą, jaka wytwarza się wśród słuchających i obecnością w pięknej sali filharmonii. I chociaż artystami okazali się być studenci i uczniowie szkoły muzycznej, to grali tak pięknie, że aż otrzymali owacje na stojąco. Naprawdę zasłużyli sobie na nie. Najbardziej podobał mi się młody człowiek ( a właściwie jego gra ) grający na klawesynie. Po prostu mistrzostwo świata. Machał pałeczkami ( to się pewnie zupełnie inaczej nazywa ) tak szybko, że momentami prawie nie było ich widać. Byłam pod wrażeniem.
A po koncercie wróciłam do domu, gdzie w łóżeczku spała już słodko mała Zuzanna, przed TV siedziała Aśka i oglądała Zakochaną złośnicę, a Jacek i Karolina uczyli się w swoich pokojach.
Usiedliśmy z mężem przy kolacji i w spokoju prowadziliśmy miłą pogawędkę. Po prostu sielanka.
Stwierdziłam, że kultura „wyższych lotów” wpływa na kulturę w ogóle, na życie rodzinne i towarzyskie. Dobrze jest od czasu do czasu zobaczyć dobry film, sztukę teatralną, czy posłuchać koncertu. Ja zrobiłam sobie mocne postanowienie, że będę bywać częściej w świecie kultury. Może już niedługo uda się zabrać na jakąś wystawę naszą najmłodszą córeczkę…

Zuzanna skończyła 6 miesięcy

Czas biegnie tak szybko, że nawet się nie obejrzałam , jak minęło pół roku od narodzenia naszej najmłodszej córeczki. Jest teraz taka rozkoszna, że nie sposób się przy niej nie zatrzymać choć na chwilę. Po prostu trzeba na nią popatrzeć, pobyć z nią, uśmiechnąć się choćby się było w najgorszym humorze. Ma w sobie taką radość życia, że rozsiewa ją dookoła siebie i dzieli między członków rodziny. Cieszy się ze wszystkiego: że mama idzie z butelką mleka, że zmienia się jej pieluszkę, że nareszcie będzie kąpana ( to chyba najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia ), że może bawić się swoimi grzechotkami i gaworzyć do woli.
Czasem się zastanawiam, gdzie ta niemowlęca radość znika z wiekiem. Dlaczego w oczach nastolatków i dorosłych brak tych wesołych iskierek a usta często wyginają się, ale w drugą stronę.
Zuzia obserwuje wszystkich bardzo uważnie i często próbuje naśladować różne odgłosy. Ostatnio podchwyciła „kaszelek” i z upodobaniem zabawia się tym nowym dźwiękiem w łóżeczku. Dziś została na trochę z babcią, a po powrocie usłyszałam, że dziecko kaszle. I babcia wyglądała na bardzo zmartwioną.  Musiałam jej przypomnieć, że kilka dni temu sama bawiła się z małą w ten sposób… Ta zabawa wystarczyła, aby Zuzka pojęła jak wydać z siebie taki dźwięk.
Mała coraz lepiej siedzi i widać, że sprawia jej przyjemność samodzielne sięganie po rozłożone obok zabawki. Czasem plecki się męczą i wtedy opiera się na rączkach. Wygląda wtedy troszkę, jak żabka i jest dla mnie sygnałem, że czas położyć dziecko, aby kręgosłup odpoczął.
Zuzka nadal pozostaje wielkim śpiochem, co mi wcale nie przeszkadza. Nie poddaje się książkowym regułom i robi sobie 2 długie drzemki przed południem oraz jedną długą lub 2 krótsze po południu. Oprócz tego normalnie przesypia ok. 8 godzin w nocy.
Rośnie, jak na drożdżach i nie ma z nią problemów. Kochamy ją wszyscy bardzo i ona o tym wie. Patrzy domownikom w oczy i robi do nas swoje śmieszne minki. Uwielbia obserwować swoje starsze siostry i brata. Cieszy się zawsze, gdy do niej podchodzą. Mam nadzieję, że ta więź pozostanie między nimi na zawsze.

Jak znaleźć dobrą nianię

Urlop macierzyński skończył mi się już dawno. Wykorzystałam też urlop wypoczynkowy za zeszły rok i jestem w trakcie tegorocznego. Chciałabym jak najdłużej pozostać z Zuzią, bo wiem jaki ten okres jest ważny w życiu dziecka. Tak gwałtownego rozwoju fizycznego i emocjonalnego nie będzie już nigdy. Czas spędzony z dzieckiem zaowocuje w przyszłości. Dlatego też myślę wraz z mężem, żeby wziąć jeszcze trochę urlopu wychowawczego. Nie może to być długi okres, bo wiadomo – urlop wychowawczy jest bezpłatny. Mając czworo dzieci nie można sobie pozwolić, aby nie pracować zawodowo i nie zarabiać pieniędzy. Potrzeb jest bowiem dużo i nie wiadomo, jak je wszystkie godzić. Ale nie o tym chciałam dziś napisać.
Żeby wrócić do pracy muszę znaleźć mądrą, dobrą, ciepłą, odpowiedzialną nianię. Babcia bowiem, która pomagała mi w wychowaniu całej trójki starszych dzieci, nie dałaby już rady opiekować się ok. 7 godzin dziennie półrocznym szkrabem. Przeglądałam wczoraj różne fora internetowe w poszukiwaniu informacji dotyczącej kwoty, jaką będę musiała poświęcić na ten cel. Wiem, że codzienny kontakt z małym dzieckiem wymaga wiele wysiłku i nie jest to praca, w której można usiąść sobie na krześle i tylko pilnować, aby nic złego się nie działo. To z pewnością duży wysiłek i duża odpowiedzialność, które powinny być odpowiednio nagrodzone. Wiem to wszystko, wiem, ale… No właśnie pozostaje, „ale”.
Ile możemy zapłacić, żeby powrót do pracy miał jakiś sens? Bo jeśli 3/4 mojej pensji pójdzie na opłacenie niani + dojazdy do pracy, to niewiele już zostanie.
To może poszukać tańszej opiekunki? Z tego, co przeczytałam – nie warto, bo osoby, które życzą sobie mniej nie mają odpowiednich kwalifikacji i może się okazać, że dziecko pozostające pod ich „opieką” wcale się nie rozwija lub w ogóle uwstecznia. Do tego pozostaje jeszcze kwestia zaufania. Czy każdą osobę zostawiłabym samą w domu z najcenniejszym moim skarbem – dzieckiem? Na pewno nie.
To jak w takim razie pogodzić wszystkie 3 rzeczy: odpowiednio wynagrodzić, zostawić część wypłaty we własnym portfelu i znaleźć osobę godną zaufania?
Trochę się załamałam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej w takim układzie zacisnąć pasa, zmniejszyć wydatki i pozostać z Zuzią w domu? Tak źle i tak niedobrze.
W końcu przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, ostatnia deska ratunku – zaprzyjaźnione panie emerytki. Może któraś z nich zechce zająć się naszą córeczką i nie zedrze z nas ostatniej skóry? Zobaczymy…