Nie ma to jak jedzenie mamy

     Nie chciałabym robić antyreklamy jakiejkolwiek firmie produkującej żywność dla dzieci, bo nie o to mi chodzi. Myślę, że również wiele zabieganych mam, korzystających z gotowych obiadków, deserków, kaszek, jogurtów i całej gamy produktów dla małych smakoszy zakrzyczałoby mnie w tym momencie.
Pragnę tylko opowiedzieć o naszej Zuzi, która tak jak wiele niemowląt z apetytem jadła słoiczkowe obiadki (deserków nigdy nie lubiła). Pewnie też karmiłabym ją w ten sposób do dzisiaj, gdyby nie ich cena. Doszłam do wniosku, że nie stać mnie na taki wydatek w obecnej sytuacji, kiedy jestem na urlopie wychowawczym i musimy się utrzymać z jednej pensji. Poza tym i tak gotuję dla całej rodzinki, więc przygotowanie obiadku dla małej Zuzki nie stanowi żadnego problemu. Bałam się trochę, czy córcia zechce jeść mamusine obiadki, ale nie było z tym żadnego kłopotu. Zuzia je z wielkim apetytem, co sprawia mi ogromną przyjemność i daje satysfakcję.
Kupiłam sobie jednak kilka gotowych dań, na wypadek wyjazdu lub jakiś nieprzewidzianych okoliczności. Niedawno musiałam właśnie skorzystać z moich zapasów i nakarmiłam Zuzię. Mała zjadła bez protestów, ale do samego wieczora odbijało jej się i ulewało. Może to tylko niefortunny zbieg okoliczności, a może gotowany domowy obiadek jest jednak zdrowszy dla małego brzuszka?
Zachęcam więc mamy do przygotowywania posiłków dla swoich dzieci we własnym zakresie. Wtedy każda z nas wie, co wkłada do garnuszka.
Nie odrzucam jednak produktów, które można kupić w sklepie. Korzystam np. z gotowych kaszek, które Zuzia je z radością i smakiem. Staram się po prostu zachować równowagę i karmić dziecko najzdrowiej, jak się da.

Klosiek

7 miesięcy Zuzanki

     Nasza mała córeczka skończyła już 7 miesięcy prawie dwa tygodnie temu a ja jeszcze nic o tym nie napisałam. Nadrabiam więc zaległości.
Po pierwsze Zuzia siedzi zupełnie samodzielnie bez podpierania i jest z tego powodu bardzo dumna. Bawi się w tej pozycji zabawkami. Sięga po tę, którą sama chce i przeważnie macha nią zawzięcie we wszystkie strony. Potem wkłada ją do buzi i sprawdza, czy nie da się jej zjeść :) Ostatnio, gdy poczuła się już w siadzie całkiem pewnie, zaczęła bujać się i podskakiwać. Gdy jest oparta pleckami o kanapę, z radosnym okrzykiem i uśmiechem odbija się o nią, aż wszystko się rusza. Z wielkim upodobaniem kula się też z plecków na brzuszek i odwrotnie. Bardzo lubi spać na boczku opierając się nóżkami o szczebelki łóżeczka lub na brzuszku. Odkąd zmiana pozycji nie stanowi dla niej problemu, często znajduję ją rano w łóżeczku właśnie leżącą na brzuszku, przytuloną do ulubionej mięciutkiej myszki. Obudzona podnosi się wysoko na przedramionach i kuka do mnie przez szczebelki z wesołą minką.
Spróbowała też i rozsmakowała się w podskakiwaniu na nóżkach. Dotąd fikała i przebierała nóżkami podczas zabaw w kąpieli. Gdy tatuś wkładał ją do wanienki lub trzymał pod paszki, wyglądało jakby chciała zwyciężyć wyścig pokoju. Teraz podskakuje sobie, gdy tylko nadarzy się po temu okazja.
Zrobił się z niej wielki przymilasek. Gdy trzyma się ją na rękach, łapie rączkami za szyję, wtula się i często szeroko otwartą buzią dotyka do policzka. Wygląda to tak, jakby chciała dać wielkiego buziaka. Aż serce się rozkleja w tych momentach. Moje starsze dzieci też uwielbiają się z nią pieścić.
Rozpoznaje wszystkich domowników i osoby, z którymi się częściej widuje. Na widok obcych, zaglądających do wózka ludzi, przeważnie bardzo się wstydzi i odwraca główkę w drugą stronę.
Potrafi już bawić się w proste zabawy, jak np. „a kuku”. Obecnie uczy się robić „kosi kosi łapci” i dawać „piątkę”. Cieszy się przy tym ogromnie.
Nadal bardzo interesują ją własne stópki i nie przepuści żadnej okazji, żeby je posmakować  hahaha .
Coraz ładniej je nowe potrawy. Najpierw smakuje powoli, co tam jej dają i potem szeroko otwiera buzię, żeby dać jej jeszcze.
Zaczęłam sama gotować jej zupki, bo te gotowe są bardzo drogie a z jednej pensji ciężko utrzymać 6-cio osobową rodzinę. Odszukałam w internecie stronkę z przepisami dla maluchów i muszę przyznać, że przygotowanie obiadków nie stanowi problemu. Gotuję zwykle trochę więcej i zamrażam w słoiczkach na następny raz. Opisuję sobie na karteczkach jaka to zupka i kiedy przygotowana, żeby za długo nie stały. Zmieniam też Zuzi menu, żeby codziennie nie jadła tego samego. Gotowanie dla małej nie zajmuje dużo czasu i robię to przeważnie w trakcie gotowania dla reszty rodzinki. I tak Zuzia posmakowała już cukinię, brokuły, kalafior, buraczki… Wszystko je z wielkim apetytem. No nie wszystko. Nie lubi gotowych deserków. Na razie więc je tylko tarte jabłuszko z bananem. Czekam na inne owoce, jak morele, maliny i będę próbowała dawać jej po troszku ze świeżych.
Dotąd nie wyrósł jej też żaden ząbek. Ślini się niesamowicie i trze dziąsełka, co jak wiadomo jest oznaką wyrzynania zębów, ale na razie w buźce jest pusto.

  

Klosiek

Psychiatra nie potrzebny od zaraz

     Nawiązując do ostatniego postu „Czy można wychowywać dziecko i nie zwariować” pragnę podziękować wszystkim za komentarze. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że problem nazwany tak, czy inaczej, po prostu istnieje. Wiele mam zajmując się małymi dziećmi w domu i z konieczności ograniczając swoje kontakty do minimum, czuje się zwyczajnie sfrustrowanych. Nie oznacza to wcale, że są złymi matkami lub że nie kochają swoich dzieci. Wręcz przeciwnie – starają się oddać swojemu dziecku i poświęcają się mu bez reszty. Stąd też brakuje im czasu dla siebie, który mogłyby poświęcić na zrelaksowanie się i odpoczynek. Zdarza się też, że nie mają możliwości znalezienia chwilki dla siebie, bo samotnie wychowują dziecko.
Kobietom zmęczonym nieustannym byciem w gotowości (24h na dobę), usiłującym sprostać wszystkim obowiązkom i miewającym czasem (tak jak ja) gorszy nastrój nie jest potrzebny psychiatra, ani żaden inny lekarz. Matkom potrzeba życzliwości ze strony rodziny i nie tylko, pomocy w wykonywaniu codziennych obowiązków, a przede wszystkim kontaktów ze światem i wolnego czasu dla siebie.
Pewnie niektórzy się oburzą. Ale czyż nie każdemu myślącemu człowiekowi konieczna jest chwila zadumy na zastanowienie się, odprężenie, rozładowanie napięć wewnętrznych? Jeśli nie ma czasu, żeby zastanowić się nad swoim życiem wpada się w wir, z którego trudno się wydostać. Potem nie wie się już czy się żyje po to, żeby pracować, czy pracuje się po to, żeby żyć.
Ja zdecydowanie chciałabym pracować po to, żeby żyć. Żyć godnie. Moja rodzina i dzieci nie ucierpiały wcześniej z powodu moich obowiązków zawodowych i nie skrzywdzę ich teraz.

Klosiek

Czy można wychowywać dziecko i nie zwariować

     Zawsze twierdziłam, że mogę siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Przekonywałam, że na pewno nie będzie mi brakowało pracy i będę szczęśliwa. Wydawało mi się, że macierzyństwo to moje powołanie i wychowywanie maleńkiej Zuzi i moich nastoletnich dzieci zastąpi mi wszystko.Okazało się jednak, że bardzo się myliłam!!!

Jestem już w domu 13 miesięcy. Najpierw byłam na zwolnieniu lekarskim, bo ciąża w moim wieku objęta była „nadzwyczajnym” nadzorem. Potem cieszyłam się narodzonym maleństwem na urlopie macierzyńskim. Wykorzystałam urlop wypoczynkowy za zeszły i bieżący rok i tak zleciało do czerwca. Teraz żal mi było zostawiać tak malutką córeczkę (ze starszymi dziećmi byłam w domu, aż poszły do przedszkola) i wzięłam 3 miesiące urlopu wychowawczego.
Niestety czas w tym wypadku działa na moją niekorzyść. Psychicznie nie wytrzymuję już bycia „tylko” mamą. Poczucie własnej wartości spadło i czuję się niedowartościowana, niepotrzebna, opuszczona. Robienie zupek dla Zuzi, gotowanie całej rodzinie, pranie, prasowanie, robienie zakupów i rozmowy z paniami w sklepie nie zastąpią codziennych kontaktów w pracy.
Mimo że czasem w biurze bywa nerwowo, nie zawsze udaje się dobrze wywiązać z powierzonych obowiązków, problemy nigdy się nie kończą, to jednak można przebywać wśród konkretnej grupy ludzi, wymieniać z nimi poglądy na różne tematy, a nawet czasem się pokłócić.
Doceniłam to wszystko dopiero teraz, gdy na własne życzenie zostałam pozbawiona moich obowiązków. Załamałam się tak bardzo, że przepłakałam pół nocy a mąż o mało nie utonął w potokach łez. Nie dawałam się w żaden sposób pocieszyć, bo dół, w który wpadłam był bardzo głęboki…
Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że mam świadomość, że nikt nie zastąpi matki zwłaszcza przy 7 miesięcznej Zuzi. Poza tym kocham ją tak bardzo, że już dziś na myśl, że będę musiała ją opuścić i wrócić do pracy, serce mi pęka i wiem, że wyleję morze łez.
Kiedyś jej wytłumaczę, że musiałam to zrobić, żeby nie zwariować.

Klosiek

Dzień Dziecka każdego dnia

     Dziś Dzień Dziecka, więc należy wszystkim malutkim i troszkę większym dzieciom życzyć wszystkiego co najlepsze.
To 1 czerwca nasze pociechy oczekują, że będziemy o nich pamiętać, obdarzymy upominkiem, buziakiem, ciepłym słowem. Moje aniołki (te większe) też oprócz życzeń chcą czegoś więcej… Nie będzie wielkiej pompy. Może pójdziemy na lody, albo do kina – zobaczymy. A Zuzia jeszcze nie wie, że dzisiaj ma święto :) , chociaż to ona dostała wielką paczkę słodyczy z mojego zakładu pracy. Oczywiście ze słodkościami rozprawiło się skutecznie jej starsze rodzeństwo, ale i tak uciechy było, co nie miara.

A tak naprawdę w tym dniu i w każdym innym najważniejsze jest poczucie bliskości, miłości, świadomość bycia kochanym.
Nie wymaga to od nas wielkich nakładów pieniędzy, kłopotów z wymyślaniem super prezentu, czy dużo cennego czasu.
Możemy dawać to wszystko naszym dzieciom i sobie w bardzo prosty sposób – przytulając się jak najczęściej.

Pięknie oddają tę prawdę słowa Virginii Satir:

?By przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie.
By zachować zdrowie ? trzeba ośmiu uścisków dziennie.
By się rozwijać, trzeba dwunastu uścisków dziennie.?


Klosiek

Zmartwienia matki

     Dlaczego jest tak, że matka martwi się wszystkim? Tym, co sama przeżywa i na co ma jakiś tam wpływ oraz tym, co jest poza nią. Troski dnia codziennego: strach o pracę, nieustanny brak funduszy na zwyczajne drobiazgi i na to, co do przysłowiowego gara włożyć, co jakiś czas trzeba się trochę pomartwić o zdrowie tego, czy innego członka rodziny…itp.
Największym zmartwieniem matki, czyli moim, są jednak niepowodzenia dzieci. No bo jak tu przejść obojętnie obok dziecka, które ze łzami w oczach i strachem w sercu wkuwa geografię, żeby mieć spokojne wakacje? Faktem jest, że dziecię moje zawaliło sprawę w ciągu roku i teraz są tego smutne konsekwencje, ale… to przecież moje dziecko. Przybieram więc srogą minę i usiłuję zmobilizować załamane dziewczę. Tłumaczę, że da radę, zdąży. A ona spuszcza nos na kwintę i widzę, że już prawie się poddaje.
O losie, trzeba tylko trochę wiary we własne siły! Nie mogę w żaden sposób przekonać jej, że dużo potrafi i jeszcze więcej może. Martwię się więc o nią, bo do nastolatki trudno czasem dotrzeć. I chociaż mam już doświadczenie w rozmowach z młodzieżą, to w tym przypadku napotykam na wysoki mur. Tylko chwilami wyłania się zza niego uśmiechnięta buzia mojej kochanej córeczki.

Klosiek

Szanujmy nasze mamy

     Miesiąc maj kojarzy nam się z burzliwym rozkwitem wszelakiej roślinności i z egzaminami maturalnymi. Od wieków jest to miesiąc zakochanych i miesiąc nabożeństw majowych. Jest to też czas składania podziękowań naszym Mamom.
Małe dzieci uczą się na tę okoliczność wierszyków i piosenek, pracowicie przygotowują piękne obrazki i laurki, robią w przedszkolu lub szkole papierowe kwiatki. Potem z zapałem składają życzenia i obdarzają słodkimi całusami.
Młodzież najczęściej biegnie do kwiaciarni po bukiecik, stara się w tym dniu być szczególnie miła, czasem w czymś mamę wyręczyć.
A dorośli? Najczęściej z bukietem róż idą do mamy… na kawę. Tak się jakoś u nas przyjęło, że to Mama krząta się w kuchni wokół swoich gości. A przecież jest tyle sposobów, żeby nie musiała tego robić. Wystarczy z okazji Jej święta wykazać trochę pomysłowości: zabrać ją na koncert, ciekawy film, czy sztukę teatralną, zaprosić do kawiarni czy samemu zorganizować poczęstunek.
Jest tyle rzeczy, za które powinniśmy Jej podziękować, że aż nie wiadomo od czego zacząć i pewnie kartki by zabrakło, żeby to wszystko wymienić. I choć teraz czasem już niedosłyszy, gorzej widzi, jest schorowana i często zapomina co było wczoraj, to przecież jest ciągle tą samą najkochańszą, najcudowniejszą osobą, która wydała nas na świat, która nas wykarmiła i pochylała się nad nami w łóżeczku, która nas przytulała do swojego serca, ocierała łzy, całowała i śpiewała kołysanki. Niejednokrotnie poświęcała się, aby zapewnić nam dobre wykształcenie i starała się, abyśmy wyrośli na dobrych ludzi.
Dlaczego więc teraz tak trudno powiedzieć Jej: kocham Cię Mamusiu, dziękuję Ci i przepraszam za wszystko? Ona pewnie wolałaby to znów usłyszeć zamiast dostać wielkie naręcze kwiatów, które szybko zwiędną.

Klosiek

Czy nastolatki chcą być całowane przez rodziców

Niedawno podczas zabawy, pieszczenia i całowania półrocznej Zuzi wyraziłam żal, że nasze starsze dzieci są już takie duże i nie można ich ciągle całować. Na moją uwagę niespodziewanie zareagowała najstarsza Asia, która odparła, że przecież wcale tak nie jest. Ona jak najbardziej chce i nigdy nie miała nic przeciwko całowaniu jej przez rodziców, bo przecież nas kocha i my ją kochamy. Szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyła, bo wydawało mi się, że tak troszkę „kradnę” im te całusy.   Z pewnym wahaniem stwierdziłam, że nie wiem, czy wszyscy tak myślą. No bo może dziewczyny mają troszkę inne spojrzenie na tę kwestię niż chłopaki. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że skoro już o tym rozmawiamy, to trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości. Poszłam więc zapytać syna. Jacek zdziwił się, gdy zapytałam go, czy mogę go całować. Pewnie się przestraszył, czego od niego chcę  hehe i kto wie, co o mnie pomyślał  wstyd , bo powiedział: no nie wiem… Szybko dodałam więc: no wiesz np. na dobranoc. Wtedy uśmiechnął się i odpowiedział: chyba tak. No i tym sposobem uzyskałam zgodę nastolatków na wyrażanie mojej miłości poprzez buziaki. Oczywiście wiem, że nie zawsze i nie wszędzie jest to dozwolone, ale w zaciszu domowym nawet nastoletni chłopak nie ma nic przeciwko temu. A może nawet  potrzebuje takich rodzicielskich dowodów miłości? ( chociaż głośno się do tego nie przyzna ).

Pierwsze krzesełko Zuzi

Wczoraj tatuś przywiózł Zuzi prezent od cioci – pierwsze krzesełko. Gdy rozpakowywaliśmy i składaliśmy nowy mebel mała spała snem sprawiedliwego. Po jakiś 3 godzinach otworzyła oczy i z łobuzerską miną zaczęła się uśmiechać i po swojemu opowiadać, co też jej się śniło :) Kiedy już wszystkie kosteczki zostały przeciągnięte i rozprostowane, wzięłam ją na ręce i pokazałam kolorowe krzesełko, po czym usadowiłam wygodnie i czekałam na reakcję.
Najpierw była troszkę zdziwiona, co też się stało i gdzie się znalazła, ale po chwili z wielkim entuzjazmem zaczęła bębnić grzechotkami w plastikowy blat. To dopiero była zabawa. I jeszcze ten wspaniały hałas, który można samemu robić, uderzając rączkami i wszystkim, co wpadnie w łapki… A do tego można też zrzucać zabawki na podłogę, patrzeć na nie z góry i czekać, aż ktoś je podniesie. Była zachwycona, że bawimy się razem z nią. Na buzi pojawił się piękny uśmiech, a chwilami wielkie skupienie – gdy gryzaczek nie chciał dać się złapać małej rączce.
My cieszymy się najbardziej z tego, że wreszcie będziemy mogli w miarę normalnie jeść przy stole, nie trzymając Zuzi na kolanach. Było to mało wygodne i trudne, zwłaszcza że jej aktywność coraz bardziej wzrastała. Stawało się to już niebezpieczne, bo machała rączkami, łapała za obrus i talerze, a najbardziej interesowały ją podnoszone do ust szklanki z herbatą. Nie polecam tego sposobu jedzenia, bo uważać trzeba zawsze, ale lepiej nie prowokować losu i nie stwarzać okazji do wypadków.
Tak więc od teraz Zuzanna będzie towarzyszyć nam przy stole w swoim specjalnie przystosowanym krzesełku i z czasem w tym właśnie miejscu rozpocznie naukę samodzielnego jedzenia. Ale na to jeszcze trochę za wcześnie.

Każdemu przyda się trochę kultury

Ostatnio jakoś często udaje mi się wybywać z domu tzn. trafiają mi się okazje różnych spotkań towarzyskich, a moja wspaniała rodzinka ( tu wielki ukłon w ich stronę  hahaha ) stara się tak zorganizować, abym mogła w nich uczestniczyć.
Parę dni temu zadzwoniła moja przyjaciółka i zaproponowała mi wyjście do filharmonii na koncert pt. „Najpiękniejsze przeboje XX wieku”. Zareagowałam z wielkim entuzjazmem, bo już nie pamiętam kiedy miałam do czynienia z kulturą przez duże K. No i wreszcie wczoraj był ten cudowny wieczór. Nie jestem wielką melomanką, ale od czasu do czasu dobrze jest posłuchać czegoś innego niż Radio Złote Przeboje. Poza tym wiąże się to z odświętnym strojem, bezpośrednim kontaktem z artystami, szczególną atmosferą, jaka wytwarza się wśród słuchających i obecnością w pięknej sali filharmonii. I chociaż artystami okazali się być studenci i uczniowie szkoły muzycznej, to grali tak pięknie, że aż otrzymali owacje na stojąco. Naprawdę zasłużyli sobie na nie. Najbardziej podobał mi się młody człowiek ( a właściwie jego gra ) grający na klawesynie. Po prostu mistrzostwo świata. Machał pałeczkami ( to się pewnie zupełnie inaczej nazywa ) tak szybko, że momentami prawie nie było ich widać. Byłam pod wrażeniem.
A po koncercie wróciłam do domu, gdzie w łóżeczku spała już słodko mała Zuzanna, przed TV siedziała Aśka i oglądała Zakochaną złośnicę, a Jacek i Karolina uczyli się w swoich pokojach.
Usiedliśmy z mężem przy kolacji i w spokoju prowadziliśmy miłą pogawędkę. Po prostu sielanka.
Stwierdziłam, że kultura „wyższych lotów” wpływa na kulturę w ogóle, na życie rodzinne i towarzyskie. Dobrze jest od czasu do czasu zobaczyć dobry film, sztukę teatralną, czy posłuchać koncertu. Ja zrobiłam sobie mocne postanowienie, że będę bywać częściej w świecie kultury. Może już niedługo uda się zabrać na jakąś wystawę naszą najmłodszą córeczkę…