Zuzanna skończyła 6 miesięcy

Czas biegnie tak szybko, że nawet się nie obejrzałam , jak minęło pół roku od narodzenia naszej najmłodszej córeczki. Jest teraz taka rozkoszna, że nie sposób się przy niej nie zatrzymać choć na chwilę. Po prostu trzeba na nią popatrzeć, pobyć z nią, uśmiechnąć się choćby się było w najgorszym humorze. Ma w sobie taką radość życia, że rozsiewa ją dookoła siebie i dzieli między członków rodziny. Cieszy się ze wszystkiego: że mama idzie z butelką mleka, że zmienia się jej pieluszkę, że nareszcie będzie kąpana ( to chyba najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia ), że może bawić się swoimi grzechotkami i gaworzyć do woli.
Czasem się zastanawiam, gdzie ta niemowlęca radość znika z wiekiem. Dlaczego w oczach nastolatków i dorosłych brak tych wesołych iskierek a usta często wyginają się, ale w drugą stronę.
Zuzia obserwuje wszystkich bardzo uważnie i często próbuje naśladować różne odgłosy. Ostatnio podchwyciła „kaszelek” i z upodobaniem zabawia się tym nowym dźwiękiem w łóżeczku. Dziś została na trochę z babcią, a po powrocie usłyszałam, że dziecko kaszle. I babcia wyglądała na bardzo zmartwioną.  Musiałam jej przypomnieć, że kilka dni temu sama bawiła się z małą w ten sposób… Ta zabawa wystarczyła, aby Zuzka pojęła jak wydać z siebie taki dźwięk.
Mała coraz lepiej siedzi i widać, że sprawia jej przyjemność samodzielne sięganie po rozłożone obok zabawki. Czasem plecki się męczą i wtedy opiera się na rączkach. Wygląda wtedy troszkę, jak żabka i jest dla mnie sygnałem, że czas położyć dziecko, aby kręgosłup odpoczął.
Zuzka nadal pozostaje wielkim śpiochem, co mi wcale nie przeszkadza. Nie poddaje się książkowym regułom i robi sobie 2 długie drzemki przed południem oraz jedną długą lub 2 krótsze po południu. Oprócz tego normalnie przesypia ok. 8 godzin w nocy.
Rośnie, jak na drożdżach i nie ma z nią problemów. Kochamy ją wszyscy bardzo i ona o tym wie. Patrzy domownikom w oczy i robi do nas swoje śmieszne minki. Uwielbia obserwować swoje starsze siostry i brata. Cieszy się zawsze, gdy do niej podchodzą. Mam nadzieję, że ta więź pozostanie między nimi na zawsze.

Mamusia ma wychodne

Przedwczoraj miałam urodziny i Mąż zabrał mnie na kolację. Starsze córy zaopiekowały się małą Zuzią, więc mogłam bez stresu wyjść. Już dawno nie udało mi się wyrwać z domu na tak długo. Lekko podekscytowana tym faktem i perspektywą spędzenia miłego wieczoru tylko w towarzystwie mojego od 20 lat ukochanego Męża, zrobiłam sobie delikatny makijaż i w drogę.
Usiedliśmy sobie w przytulnym miejscu i złożyliśmy zamówienie. Jedzenie było pyszne a atmosfera bardzo miła. Po lampce wina zrobiło mi się gorąco, lekko szumiało w głowie a na twarzy pojawiły się niesamowite wypieki. No tak, zawsze miałam słabą głowę a teraz bardzo dawno nie piłam alkoholu. Miło gawędziliśmy sobie przy kawce a za oknem padał upragniony deszcz.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, twarz owiało mi rześkie, wiosenne powietrze. W świetnych nastrojach wróciliśmy do domu, gdzie czekały na nas dzieci.
Nie było mnie około 3 godziny a już się za nimi stęskniłam. To dziwne, ale wyglądały jakoś inaczej. Miałam wrażenie, że dawno się nie widzieliśmy. Mogłam bez problemu słuchać ich opowieści ( czasem dziwnej treści ), nie denerwowały mnie nie wykonane obowiązki, ze spokojem przyjęłam marudzenie zmęczonej Zuzi. Po prostu spłynął na mnie stoicki spokój. Skąd się to wzięło? Z zaledwie kilku chwil spędzonych poza domem, z oderwania od codziennych obowiązków, z bujania w obłokach. „Wychodne” pozwoliło mi zaczerpnąć nowych sił, uzbroić się w cierpliwość, napełnić serce miłością i dobrocią, oddaniem i wyrozumiałością. Teraz mogę znów stawić czoła codzienności i czekać do następnego razu.
Doszłam do wniosku, że dla zdrowia psychicznego i dobrej atmosfery w rodzinie, mamusia musi czasem mieć wolne popołudnie. Zamierzam się tego trzymać i konsekwentnie wcielać w życie.

Jak znaleźć dobrą nianię

Urlop macierzyński skończył mi się już dawno. Wykorzystałam też urlop wypoczynkowy za zeszły rok i jestem w trakcie tegorocznego. Chciałabym jak najdłużej pozostać z Zuzią, bo wiem jaki ten okres jest ważny w życiu dziecka. Tak gwałtownego rozwoju fizycznego i emocjonalnego nie będzie już nigdy. Czas spędzony z dzieckiem zaowocuje w przyszłości. Dlatego też myślę wraz z mężem, żeby wziąć jeszcze trochę urlopu wychowawczego. Nie może to być długi okres, bo wiadomo – urlop wychowawczy jest bezpłatny. Mając czworo dzieci nie można sobie pozwolić, aby nie pracować zawodowo i nie zarabiać pieniędzy. Potrzeb jest bowiem dużo i nie wiadomo, jak je wszystkie godzić. Ale nie o tym chciałam dziś napisać.
Żeby wrócić do pracy muszę znaleźć mądrą, dobrą, ciepłą, odpowiedzialną nianię. Babcia bowiem, która pomagała mi w wychowaniu całej trójki starszych dzieci, nie dałaby już rady opiekować się ok. 7 godzin dziennie półrocznym szkrabem. Przeglądałam wczoraj różne fora internetowe w poszukiwaniu informacji dotyczącej kwoty, jaką będę musiała poświęcić na ten cel. Wiem, że codzienny kontakt z małym dzieckiem wymaga wiele wysiłku i nie jest to praca, w której można usiąść sobie na krześle i tylko pilnować, aby nic złego się nie działo. To z pewnością duży wysiłek i duża odpowiedzialność, które powinny być odpowiednio nagrodzone. Wiem to wszystko, wiem, ale… No właśnie pozostaje, „ale”.
Ile możemy zapłacić, żeby powrót do pracy miał jakiś sens? Bo jeśli 3/4 mojej pensji pójdzie na opłacenie niani + dojazdy do pracy, to niewiele już zostanie.
To może poszukać tańszej opiekunki? Z tego, co przeczytałam – nie warto, bo osoby, które życzą sobie mniej nie mają odpowiednich kwalifikacji i może się okazać, że dziecko pozostające pod ich „opieką” wcale się nie rozwija lub w ogóle uwstecznia. Do tego pozostaje jeszcze kwestia zaufania. Czy każdą osobę zostawiłabym samą w domu z najcenniejszym moim skarbem – dzieckiem? Na pewno nie.
To jak w takim razie pogodzić wszystkie 3 rzeczy: odpowiednio wynagrodzić, zostawić część wypłaty we własnym portfelu i znaleźć osobę godną zaufania?
Trochę się załamałam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej w takim układzie zacisnąć pasa, zmniejszyć wydatki i pozostać z Zuzią w domu? Tak źle i tak niedobrze.
W końcu przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, ostatnia deska ratunku – zaprzyjaźnione panie emerytki. Może któraś z nich zechce zająć się naszą córeczką i nie zedrze z nas ostatniej skóry? Zobaczymy…


Jak ubierać malucha wychodząc na spacer

Od kilku tygodni pięknie grzeje nam słoneczko, a ja wciąż widzę na spacerze lekko ubrane mamusie lub babcie z dziećmi pozawijanymi w grube koce i kołderki, w ciepłych bluzach, kurtkach i swetrach. Po jakimś czasie, gdy mijałam kolejny wózek z opatulonym maluchem, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno mojej Zuzi jest wystarczająco ciepło? Sprawdziłam rączki, nóżki, kark – uff, wszystko w porządku. Dziecko było cieplutkie i co najważniejsze, nie zgrzane. Żeby rozwiać swoje wątpliwości do końca, zapytałam pielęgniarkę szczepiącą Zuzkę, jak powinno się ubierać maluchy w takie ciepłe dni. Potwierdziła moją teorię, że podobnie jak siebie.
To przecież powinno być dla wszystkich oczywiste, że dziecku też jest gorąco. Jeśli mama zakłada na siebie tylko cienką bluzeczkę to dlaczego pakuje swoje dziecko w grubą bluzę czy sweter? Nie mogę tego zrozumieć zwłaszcza, że w głębokim wózku z podniesioną budą jest jeszcze cieplej. Potem mamy się dziwią, że dzieci są niespokojne i płaczą. One wołają tak, jak potrafią: gorąco mi mamusiu.
Zaobserwowałam w parku jeszcze gorszą rzecz – ludzi opalających swoje maleństwa. Siedzi sobie na przykład para na ławeczce w cieniu, a wózek odwrócony przodem do słońca stoi kilka metrów od nich w najbardziej nasłonecznionym miejscu. Albo – mamusia czyta książkę i opala w tym czasie maleństwo w wózku. Albo – stoi tatuś na środku skwerku i wystawia twarz do słońca i podobnie podgrzewa dziecko w wózku. Aż mi się włos jeży, jak to widzę i powstrzymuję się żeby nie podejść i nie zwrócić uwagi. Ludzie, przecież skóra niemowlęcia jest niezwykle delikatna i wrażliwa. Nie wolno jej wystawiać bezpośrednio na słońce. Nawet w półcieniu buźka dziecka szybko nabiera rumieńców i opala się. Dlatego trzeba też stosować dobre kremy z filtrem zapobiegające poparzeniu. Dawka promieniowania słonecznego, która dla dorosłego jest zaledwie miłym ciepłem, może grozić maleństwu poparzeniem i udarem.
Proszę Was o więcej wyobraźni. Nie róbcie krzywdy Waszym dzieciom.


1 Maja – święto rodziny

Dziś był przepiękny dzień, bo mogliśmy go spędzić razem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy tak długo całą rodzinką. Zostawiliśmy za sobą wszystkie nasze codzienne obowiązki i wyruszyliśmy na działkę. Nie interesował mnie bałagan w domu, nie ugotowany obiad, zakupy, pranie itp. Mąż nie pracował przy komputerze i ku mojej uciesze nawet o tym nie wspomniał. Dzieci, jak to dzieci, były zadowolone, że rodzice nic od nich nie chcą, nie pytają o lekcje, nie gonią do sprzątania…
A wszystko zaczęło się od cudownego poranka, kiedy to razem z Zuzią ( po jedzeniu o 6:00 ) zasnęłyśmy kamiennym snem. Obudziłyśmy się prawie jednocześnie o 9:30. Z niedowierzaniem spojrzałam na zegarek a Zuzia z uśmiechem od ucha do ucha zaczęła badać rączkami moją twarz. Po wspaniałym, bo przygotowanym przez Męża śniadanku, zaczęliśmy zbierać się na wycieczkę. Nawet nasz piesek wyczuł, że coś się święci i z radości aż piszczał. Kręcił się pod nogami i nie mógł się doczekać, kiedy założą mu smycz. Pakowanie się do 2 samochodów zajęło nam trochę czasu, bo dla małej trzeba zabrać wszystko na zapas i na wszelki wypadek. Całe szczęście, że zdążyłam zrobić prawo jazdy, bo teraz mielibyśmy ogromny problem. Całe towarzystwo nie mieści się już do jednego auta, a na nowy i duży samochodzik na razie nas nie stać. Kiedy ruszaliśmy spod domu Zuzanka powoli robiła się senna i jak było do przewidzenia, po drodze zasnęła. Kiedy zatrzymaliśmy się na działce na chwilę się przebudziła. Przełożyliśmy ją więc do wózka i ruszyliśmy w „trasę objazdową” po naszych włościach. Słoneczko grzało, drzewka owocowe już zaczęły gubić delikatne kwiatki i momentami wyglądało, jakby padał śnieg. Maleńka obserwowała z wózka poruszające się gałązki aż jej oczka znów zrobiły się ciężkie. Postawiłam ją w cieniu ogromnego świerku i z rozkoszą rozsiadłam się na ogrodowym krzesełku. Reszta rodzinki grała w tym czasie w siatkówkę. Czas mijał szybko a Zuzia wciąż spała. Po jakiś 3 godzinach przebudziła się wreszcie. Przebrana i nakarmiona zaczęła rozkosznie gaworzyć, jak to tylko ona potrafi. Po powrocie do domu mój kochany Mężuś zaproponował zamówienie pizzy, no bo przecież dziś święto  hehehe
Po entuzjastycznym „TAK” pozostało tylko poczekać na dostawę. Obiadek był nadzwyczaj smaczny no i nie musiałam go robić. Tak się tym wszystkim zmęczyłam, że po jedzeniu tylko na chwilkę przysiadłam na tapczanie i film mi się urwał. Popołudnie upłynęło nam równie leniwie z tym, że starsze dzieci wywędrowały z domu. Pobawiliśmy się z Zuzią, pogadaliśmy sobie i dzień się skończył. A szkoda… Dlaczego 1 maja jest tylko raz w roku? Wnioskuję za rodzinnym świętowaniem przynajmniej raz w miesiącu. No i trzeba zmienić nazwę z święta pracy ( my dziś leniuchowaliśmy ) na święto rodziny.

Osiemnastkowa imprezka, czyli ile trzeba wydać

Właśnie zaczął się czas osiemnastkowych imprez. Moja córka w tym tygodniu wybiera się na dwie do swoich koleżanek oraz organizuje swoją. Oznacza to trzy zarwane nocki!!! No cóż młodym jest się tylko raz i trzeba z tego korzystać. Oby tylko sił fizycznych wystarczyło i w szkole nie porobiły się zaległości. Na szczęście teraz są testy gimnazjalne, a za parę dni pisemne matury i w związku z tym poza „biedakami”, którzy muszą zasiąść w ławkach, reszta ma wolne.
Imprezki organizowane w klubach, pubach i wszelkiego typu podobnych miejscach na pewno są super i pozostaną niezapomnianym wspomnieniem dla ich uczestników. Trzeba tylko dobrze się zorganizować i zaplanować te wydatki w budżecie domowym, bo może się okazać, że suma nas troszkę zaskoczy.
Po pierwsze lokal należy zarezerwować dużo wcześniej, bo chętnych jest wielu i najlepsze terminy są już pozajmowane. Tu pojawiają się pierwsze wydatki – koszt rezerwacji to jakieś 20% całości. Koszt wynajęcia sali zależy oczywiście od miejsca. Klub, w którym będzie bawić się moja córa wraz z przyjaciółmi życzy sobie 700 zł. Na szczęście młodzież zorganizowała się w pięcioosobową ekipę i całą kwotę należy w tym przypadku podzielić na 5. Ta pokaźna sumka nie obejmuje oczywiście jedzenia i picia.
Po drugie trzeba przygotować zaproszenia. Można je kupić gotowe lub jak w naszym przypadku – brat przygotował siostrze projekt komputerowy i po zaakceptowaniu przez jubilatów, daliśmy wydrukować… uwaga… 300 zaproszeń. Całość wyniosła 105 zł, czyli po 21 zł na głowę.
Po trzecie – muzyka. Młodzież nagrała swoje ulubione utwory na płytę, ale będzie też DJ. O ile dobrze się orientuję, będzie on w cenie wynajęcia sali. Uff…
Po czwarte – strój! No i tu zaczynają się schody. W przypadku chłopaka nie ma pewnie większych problemów, ale z dziewczynami nie jest łatwo. Nie można przecież wystąpić na wszystkich imprezach w tym samym ubraniu – to oczywiste. Trzeba więc zaopatrzyć się w minimum dwie wystrzałowe kreacje. Może to być sukienka i legginsy lub super bluzka, czy tunika + legginsy lub spodnie. W tym przypadku trudno oszacować koszty, bo zależy co kto lubi i co ma w szafie. Nie należy też zapomnieć o dodatkach: ładna torebka, kolczyki, bransoletka, coś na szyję i pasujące do całości buty. Z moich wyliczeń wyszło  minimum 200 zł. Dobrze jeśli się ma przyjaciółki czy kuzynki, które mogą ewentualnie coś pożyczyć. Wtedy da się troszkę zaoszczędzić. Nie liczę tu kosmetyków, bo te akurat każdy zapewne ma.
No i po piąte – jedzenie w czasie imprezy. Podobno teraz młodzież w czasie zabawy nie je! I całe szczęście, bo trudno mi sobie wyobrazić przygotowanie / kupienie poczęstunku dla 300 osób. Jubilaci składają się więc tylko po 20 zł i kupują jakieś chipsy, paluszki itp. Potem stawiają to na stolikach i gotowe. Picie każdy kupuje sobie we własnym zakresie.
Po zliczeniu wszystkiego wychodzi jakieś 400 zł. Czy to mało, czy dużo? Na to pytanie będzie na pewno tyle odpowiedzi, ile czytających. Zgadzam się też, że na pewno można całość zorganizować dużo taniej, ale pewnie będą i tacy, którzy na ten cel przeznaczą znacznie większą kwotę.

Co potrafi 5cio miesięczne niemowlę

To naprawdę niesamowite, jak szybko rozwijają się i zdobywają nowe umiejętności niemowlęta. Jestem już mamą po raz czwarty a wciąż budzi to we mnie zachwyt.
Nasza Kruszynka jest bardzo kontaktowa. Wczoraj na przykład zaśmiewała się i gaworzyła ze starszą siostrą przez 20 minut bez przerwy. Faktem jest, że potem była tak zmęczona, że zasnęła przy piciu mleczka, ale to i tak wielki wyczyn. Bardzo interesuje ją otoczenie, więc bada rączkami wszystko, co jest w jej zasięgu: zwisający obrus, obicie tapczanu, ubranie trzymającej ją osoby. Po obudzeniu szuka znajomej twarzy i obdarza ją przepięknym uśmiechem. Zresztą śmieje się bardzo często i chętnie. Rozpoznaje bliskie sobie osoby i rozmawia z nimi w swoim – niemowlęcym języku. A robi to przepięknie: do każdego „słowa” bardzo się przykłada i starannie składa usteczka. Wygląda to bardzo zabawnie i zawsze mnie rozczula. Sama bawi się zabawkami, bo potrafi już przekładać je z ręki do ręki. Oczywiście woli towarzystwo, ale ponieważ jest grzeczną dziewczynką, czasem zajmuje się sobą sama. Gdy leży na pleckach – kula się na boki i próbuje przewrócić się na brzuszek ( na razie udaje jej się to rzadko ). W pozycji na brzuchu sięga po leżące zabawki i usiłuje włożyć je sobie do buzi, wysoko unosi się na rękach i ogląda za poruszającymi się osobami. Czasem, jakby przypadkiem, przewraca się nagle na plecy ze zdziwieniem malującym się w wielkich oczach. Koniecznie chce już siedzieć, więc gdy na spacerze nie śpi, unoszę oparcie wózka, żeby mogła sobie popatrzeć na piękny świat. Nade wszystko pragnie stanąć na nóżkach i usiłuje wykorzystać do tego każdą nadarzającą się okazję. Ponieważ jeszcze jej tego robić nie wolno, więc często wisi w powietrzu na rękach rodziców lub rodzeństwa. Gdy jest zmęczona trze rączkami nosek i oczy. Kładziemy ją wtedy do łóżeczka, a ona naciąga sobie kocyk na głowę i natychmiast zasypia. Pod tym względem jest naprawdę niesamowita.

Osiemnastolatka

Dziś w naszym domu wielki dzień. Moja najstarsza córeczka Joanna skończyła właśnie osiemnaście lat. Już od wczoraj odliczała godziny do swojej pełnoletności. Przeżywała to, jak ja przed 40stką :) Byłam nawet zdziwiona jej chandrą i smutkiem. Dziś rano powiedziała nawet do swojej malutkiej siostry: ” no tak Zuzia, teraz to już z górki….”
Ludzie trzymajcie mnie, co to za tekst? Przecież 18 lat to najpiękniejszy wiek. Mnie kojarzy się z młodością, radością, uniesieniami serca, miłością przez duże M, beztroską, marzeniami i wiarą w ich spełnienie, siłą, nadziejami na przyszłość, planami… mogłabym długo wymieniać wszystkie naj. Oczywiście jest to też czas trudny, czas wyborów niejednokrotnie decydujący o przyszłości. Trzeba jednak odważnie stawić czoło problemom, śmiało patrzeć w przyszłość i nie lękać się wyzwań.
Aśka ma dziś w szkole ciężki dzień. Wróci dopiero koło osiemnastej i pewnie zauważy, jak ja przed dwoma laty, że ta magiczna data nic nie zmieniła w jej życiu. Cały czas jest naszą kochaną, pierwszą, upragnioną córeczką. To, że dziś minęło 18 lat od jej przyjścia na świat jest powodem do świętowania i radości. Jutro obudzi się w tym samym domu, będzie miała to samo grono kolegów i przyjaciół, będzie miała takie samo dobre i kochające serce i wrażliwą duszę.
A co się zmieni? Może odebrać dowód osobisty, może brać udział w wyborach, może powiedzieć „jestem pełnoletnia, chcę sama decydować o sobie, wyprowadzam się z domu…”. To wszystko już MOŻE, ale nadal jest moją małą Asiunią.
Wszystkiego najlepszego Córeczko  serce

Gorsza mama

Od dziś nasze maleństwo będzie dostawało tylko butelkę, bo mój pokarm niestety się skończył. Zuzia od 3 tygodnia była dokarmiana butelką. I tu już słyszę głosy: dlaczego, trzeba walczyć żeby utrzymać pokarm, mleko matki jest najlepsze dla dziecka…
Ja to wszystko wiem i chciałam karmić córkę piersią, podobnie jak starsze dzieci. Ale może nie byłam wystarczająco silna? Może za wcześnie przestraszyłam się że dziecko jest głodne? Może nie wytrzymałam bólu krwawiących brodawek? Jest wiele przyczyn, dla których Ty i ja zdecydowałyśmy się włączyć mleko modyfikowane do diety dziecka. Czy jesteśmy przez to gorszymi matkami?
Przyznam, że tak się często czułam i wstydziłam się, gdy ktoś pytał mnie o karmienie. No bo jak to? Przecież wiadomo, że dobra matka daje dziecku to, co najlepsze. Więc odpowiadałam głośno, że tak karmię piersią i po cichutku dodawałam, że dokarmiam butelką.
Ale czy tak powinno być? Kocham moje dziecko i chcę być jak najlepszą matką. Kto dał prawo innym do oceniania mnie?
Moje dziecko jest szczęśliwe, kochane przez całą rodzinę, wiecznie uśmiechnięte i rozwija się wspaniale. Ja jestem szczęśliwa patrząc na nie.
Tylko te nieznośne pytania: KARMISZ PIERSIĄ??

Cierpnięcie rąk w ciąży i po porodzie

Wszystko zaczęło się w trzecim trymestrze ciąży. Najpierw tylko trochę cierpły mi ręce po nocy i to uczucie szybko mijało. Niestety z czasem było coraz gorzej i w końcu ból nie dawał mi spać. Budziłam się w środku nocy w ogóle nie czując palców, a całe ręce bolały okropnie. Nie dawało się ułożyć w żadnej pozycji, bo z jednej strony przeszkadzał spory brzuszek, a z drugiej obojętnie jak się położyłam ból i tak nie mijał. Jedynym wyjściem stało się siadanie a później już tylko wstawanie z łóżka. Tylko w pionie czułam się troszkę lepiej. Ale nie mogłam przecież ciągle snuć się po nocy. Leżałam więc czasem z otwartymi oczami a łzy z bólu kapały na poduszkę. Marzyłam żeby to się wreszcie skończyło. W dzień nie mogłam robić nic wymagającego dłuższego trzymania jakiegoś przedmiotu w jednej pozycji: pisać, szyć, prasować, obierać ziemniaki…
I wreszcie nadszedł upragniony dzień rozwiązania. Ale z tą chwilą nie skończyły się moje kłopoty. Na początku brak czucia w rękach dotkliwie dawał mi się we znaki. Ciężko mi było utrzymać Zuzię w czasie karmienia, bałam się ją brać na ręce żeby nie upuścić, a przebranie i zmiana pieluchy to dopiero było wyzwanie. Na szczęście pomagała mi cała rodzinka. Co jednak było niezmiernie dla mnie ważne – ból się skończył. Po pewnym czasie czucie powoli zaczęło wracać. Nasza córeczka skończyła już 4 miesiące, ale do dziś jeszcze zdarzają się chwile, że to nieprzyjemne wrażenie sztywnych palców powraca.
Podobne doświadczenie mam z czasów pierwszej ciąży i wtedy bardzo się denerwowałam, bo bałam się, że to nie przejdzie. Pamiętam nawet, że byłam u lekarza. Niestety nic mi nie pomógł, a co najgorsze nawet mnie nie uspokoił chociaż chyba wiedział, że takie dolegliwości się zdarzają. Teraz jestem spokojna, bo wiem, że to stan przejściowy i z czasem minie zupełnie.