Zmartwienia matki

     Dlaczego jest tak, że matka martwi się wszystkim? Tym, co sama przeżywa i na co ma jakiś tam wpływ oraz tym, co jest poza nią. Troski dnia codziennego: strach o pracę, nieustanny brak funduszy na zwyczajne drobiazgi i na to, co do przysłowiowego gara włożyć, co jakiś czas trzeba się trochę pomartwić o zdrowie tego, czy innego członka rodziny…itp.
Największym zmartwieniem matki, czyli moim, są jednak niepowodzenia dzieci. No bo jak tu przejść obojętnie obok dziecka, które ze łzami w oczach i strachem w sercu wkuwa geografię, żeby mieć spokojne wakacje? Faktem jest, że dziecię moje zawaliło sprawę w ciągu roku i teraz są tego smutne konsekwencje, ale… to przecież moje dziecko. Przybieram więc srogą minę i usiłuję zmobilizować załamane dziewczę. Tłumaczę, że da radę, zdąży. A ona spuszcza nos na kwintę i widzę, że już prawie się poddaje.
O losie, trzeba tylko trochę wiary we własne siły! Nie mogę w żaden sposób przekonać jej, że dużo potrafi i jeszcze więcej może. Martwię się więc o nią, bo do nastolatki trudno czasem dotrzeć. I chociaż mam już doświadczenie w rozmowach z młodzieżą, to w tym przypadku napotykam na wysoki mur. Tylko chwilami wyłania się zza niego uśmiechnięta buzia mojej kochanej córeczki.

Klosiek

Moda na nieuczenie się

Ostatnio na zebraniu w gimnazjum dowiedziałam się, że panuje moda na nie uczenie się. Uczniowie chodzą sobie po prostu do szkoły i nic nie robią. Na lekcjach rozmawiają, nie prowadzą zeszytów, przeszkadzają nauczycielom i sobie, są wulgarni, wyzywająco się ubierają i krzywo patrzą na osoby, które chciałyby czegoś się dowiedzieć. Wszelkie próby zmobilizowania klasy do robienia czegokolwiek na lekcjach i poza nimi nie przynoszą efektów.
Gdybym nie miała dziecka w tej szkole, to chyba bym nie uwierzyła w tą całą historię z nieuctwem. Niestety to prawda. Próbujemy zmobilizować do pracy naszą córkę, ale jest ciężko. Ona sama skarży się, że nie może się skupić na sprawdzianie, bo jest za głośno. Z lekcji wynosi niewielką wiedzę, bo nie potrafi się skoncentrować. Oprócz tego dochodzi do głosu jej własne lenistwo no i efekty w dzienniku są słabiutkie.
Zastanawiam się czy dobrze zrobiliśmy posyłając ją do najbliższego gimnazjum? A może w innych szkołach jest podobnie tylko się o tym głośno nie mówi? Co wyrośnie z pokolenia nieuków? Jak wytłumaczyć zbuntowanej nastolatce, że uczy się tylko i wyłącznie dla siebie?
Rok temu gimnazjum skończył syn, a dwa lata temu starsza córka i nie było żadnych problemów. Czy nastąpiła jakaś nagła zmiana wśród dorastającej młodzieży, czy po prostu trafiliśmy na „wyjątkowy” skład klasy?
Uważam, że utworzenie gimnazjów i przeniesienie dzieci z dawnych klas VII do następnego poziomu w drabinie edukacji nie było dobrym pomysłem. To są ciągle duże dzieci, którym wydaje się, że po skończeniu podstawówki nagle stały się dorosłe. Nie potrafią jednak podejmować mądrych decyzji i wymagają nieustannej kontroli. Przestają się uczyć, bo myślą, że pozjadały już wszystkie rozumy. A może to wina systemu edukacji, który nie nadąża za postępem???