Poród po 40tce

Wczoraj Zuzia skończyła 4 miesiące a mnie naszły wspomnienia. Wydaje się, że tak niedawno toczyłam się wolniutko z moim brzuszkiem i czekałam z niecierpliwością i lekką obawą na rozwiązanie. Aż wreszcie nadeszła ta chwila.
Obudziłam się o 2 w nocy z uczuciem, że muszę koniecznie skorzystać z toalety. Nie zastanawiając się nad tym, wstałam i pomaszerowałam do łazienki. Potem ponownie położyłam się spać. Za jakieś pół godzinki obudziło mnie to samo uczucie. Troszkę się zaniepokoiłam, że coś mi zaszkodziło ( poprzedniego dnia byliśmy na urodzinach chrześniaczki ). Znów wstałam, a potem położyłam się do łóżka. Leżałam, ale nie mogłam zasnąć…. Za chwilę poczułam kolejny raz wiercenie w brzuchu. Tego było mi już za wiele. Wstałam, skorzystałam z toalety, ale zaczęłam już coś podejrzewać. Nic mnie nie bolało, nie czułam żadnych skurczów. Nakryłam się kołdrą i czekałam, co będzie dalej. Dochodziła 2:45, gdy poczułam słaby skurcz. Obok mnie spał spokojnie mój mąż. Nie obudziłam go jeszcze, bo bardzo się denerwował. Za jakieś 15 minut, skurcz się powtórzył. Po cichu podniosłam się z łóżka i zaczęłam się ubierać. Sprawdziłam moją torbę z rzeczami przygotowanymi do szpitala. Za kolejne 15 minut znowu skurcz. Stwierdziłam więc, że już czas obudzić męża. Podniósł się bardzo szybko. Zrobił herbatę i przed wyjazdem z całkowitym spokojem wypiliśmy jeszcze parę łyczków. Potem wyczekaliśmy moment między skurczami i zeszliśmy do samochodu. W domu zostały śpiące i niczego nieświadome dzieciaki ( nastolatki ). Na ulicach było zupełnie pusto, więc dotarliśmy do szpitala bez żadnych problemów. Na izbie przyjęć też nikt na szczęście nie czekał. Obudziliśmy dyżurującą położną. Mimo że troszkę zaspana, przyjęła mnie z uśmiechem na ustach. Dochodziła już 4:00. Skurcze miałam co 10 minut. Po badaniu i wypełnieniu całego mnóstwa papierów, odprowadziła nas z mężem na oddział. Położyli mnie od razu na łóżko ( nawiasem mówiąc było super wygodne oczko3 ), podłączyli kroplówkę z oksytocyną i wtedy akcja ruszyła bardzo szybko. Pamiętam, że po bardzo długim i bolesnym skurczu położna sprawdziła rozwarcie, a ja zapytałam ją czy jest duże. Chciałam wiedzieć jak długo to potrwa. A ona, ku mojemu zdziwieniu odpowiedziała, że bardzo duże. Prawie natychmiast zaczęły się skurcze parte, a łóżko było jeszcze nie przygotowane na przyjęcie malucha. Kazała mi się wstrzymać i nie przeć. To było straszne. Nie mogłam wytrzymać. Wreszcie, gdy już mi pozwolono przeć, skurcz minął. Bardzo chciałam urodzić bez nacinania krocza i prosiłam położną, żeby o ile to możliwe, dała mi urodzić naturalnie. Zgodziła się, ale kazała mi współpracować. Powiedziała: ” jak będzie skurcz, pani mocno prze”. Po chwili poczułam skurcz. Napięłam się i z całej siły wypychałam maleństwo na świat. Czułam, jak dziecina wyskakuje ze mnie. Trwało to zaledwie 5 minut. Niestety trochę za bardzo wzięłam sobie do serca tę współpracę i zrobiłam to zbyt gwałtownie. Nie byłam przecięta, ale pękłam i nie uniknęłam szycia oraz bólu zrastającego się ciała. Potem na kontrolnym badaniu ginekologicznym okazało się jeszcze, że zniekształciła mi się pochwa i będę musiała mieć zrobioną plastykę. Podobno przy szybkich porodach tak się zdarza. Zuzia była na świecie już o 5:20, czyli po 3 godzinach i 20 minutach od momentu, gdy się obudziłam. Ale najgorsze było jeszcze przede mną. Lekarz czuwający przy porodzie nie był pewny czy łożysko urodziło się w całości i zabrał się za łyżeczkowanie. To były straszne chwile, mimo że córeczka leżała już na moim brzuchu. Dopiero po zakończeniu tych przykrych zabiegów mogłam odpocząć i cieszyć się moim dzieciątkiem.
Tak więc po 40tce wcale nie rodzi się gorzej niż w młodym wieku. Po 14stu latach przerwy urodziłam spokojnie, szybko i świadomie.