Psychiatra nie potrzebny od zaraz

     Nawiązując do ostatniego postu „Czy można wychowywać dziecko i nie zwariować” pragnę podziękować wszystkim za komentarze. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że problem nazwany tak, czy inaczej, po prostu istnieje. Wiele mam zajmując się małymi dziećmi w domu i z konieczności ograniczając swoje kontakty do minimum, czuje się zwyczajnie sfrustrowanych. Nie oznacza to wcale, że są złymi matkami lub że nie kochają swoich dzieci. Wręcz przeciwnie – starają się oddać swojemu dziecku i poświęcają się mu bez reszty. Stąd też brakuje im czasu dla siebie, który mogłyby poświęcić na zrelaksowanie się i odpoczynek. Zdarza się też, że nie mają możliwości znalezienia chwilki dla siebie, bo samotnie wychowują dziecko.
Kobietom zmęczonym nieustannym byciem w gotowości (24h na dobę), usiłującym sprostać wszystkim obowiązkom i miewającym czasem (tak jak ja) gorszy nastrój nie jest potrzebny psychiatra, ani żaden inny lekarz. Matkom potrzeba życzliwości ze strony rodziny i nie tylko, pomocy w wykonywaniu codziennych obowiązków, a przede wszystkim kontaktów ze światem i wolnego czasu dla siebie.
Pewnie niektórzy się oburzą. Ale czyż nie każdemu myślącemu człowiekowi konieczna jest chwila zadumy na zastanowienie się, odprężenie, rozładowanie napięć wewnętrznych? Jeśli nie ma czasu, żeby zastanowić się nad swoim życiem wpada się w wir, z którego trudno się wydostać. Potem nie wie się już czy się żyje po to, żeby pracować, czy pracuje się po to, żeby żyć.
Ja zdecydowanie chciałabym pracować po to, żeby żyć. Żyć godnie. Moja rodzina i dzieci nie ucierpiały wcześniej z powodu moich obowiązków zawodowych i nie skrzywdzę ich teraz.

Klosiek

Czy można wychowywać dziecko i nie zwariować

     Zawsze twierdziłam, że mogę siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Przekonywałam, że na pewno nie będzie mi brakowało pracy i będę szczęśliwa. Wydawało mi się, że macierzyństwo to moje powołanie i wychowywanie maleńkiej Zuzi i moich nastoletnich dzieci zastąpi mi wszystko.Okazało się jednak, że bardzo się myliłam!!!

Jestem już w domu 13 miesięcy. Najpierw byłam na zwolnieniu lekarskim, bo ciąża w moim wieku objęta była „nadzwyczajnym” nadzorem. Potem cieszyłam się narodzonym maleństwem na urlopie macierzyńskim. Wykorzystałam urlop wypoczynkowy za zeszły i bieżący rok i tak zleciało do czerwca. Teraz żal mi było zostawiać tak malutką córeczkę (ze starszymi dziećmi byłam w domu, aż poszły do przedszkola) i wzięłam 3 miesiące urlopu wychowawczego.
Niestety czas w tym wypadku działa na moją niekorzyść. Psychicznie nie wytrzymuję już bycia „tylko” mamą. Poczucie własnej wartości spadło i czuję się niedowartościowana, niepotrzebna, opuszczona. Robienie zupek dla Zuzi, gotowanie całej rodzinie, pranie, prasowanie, robienie zakupów i rozmowy z paniami w sklepie nie zastąpią codziennych kontaktów w pracy.
Mimo że czasem w biurze bywa nerwowo, nie zawsze udaje się dobrze wywiązać z powierzonych obowiązków, problemy nigdy się nie kończą, to jednak można przebywać wśród konkretnej grupy ludzi, wymieniać z nimi poglądy na różne tematy, a nawet czasem się pokłócić.
Doceniłam to wszystko dopiero teraz, gdy na własne życzenie zostałam pozbawiona moich obowiązków. Załamałam się tak bardzo, że przepłakałam pół nocy a mąż o mało nie utonął w potokach łez. Nie dawałam się w żaden sposób pocieszyć, bo dół, w który wpadłam był bardzo głęboki…
Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że mam świadomość, że nikt nie zastąpi matki zwłaszcza przy 7 miesięcznej Zuzi. Poza tym kocham ją tak bardzo, że już dziś na myśl, że będę musiała ją opuścić i wrócić do pracy, serce mi pęka i wiem, że wyleję morze łez.
Kiedyś jej wytłumaczę, że musiałam to zrobić, żeby nie zwariować.

Klosiek

Jak znaleźć dobrą nianię

Urlop macierzyński skończył mi się już dawno. Wykorzystałam też urlop wypoczynkowy za zeszły rok i jestem w trakcie tegorocznego. Chciałabym jak najdłużej pozostać z Zuzią, bo wiem jaki ten okres jest ważny w życiu dziecka. Tak gwałtownego rozwoju fizycznego i emocjonalnego nie będzie już nigdy. Czas spędzony z dzieckiem zaowocuje w przyszłości. Dlatego też myślę wraz z mężem, żeby wziąć jeszcze trochę urlopu wychowawczego. Nie może to być długi okres, bo wiadomo – urlop wychowawczy jest bezpłatny. Mając czworo dzieci nie można sobie pozwolić, aby nie pracować zawodowo i nie zarabiać pieniędzy. Potrzeb jest bowiem dużo i nie wiadomo, jak je wszystkie godzić. Ale nie o tym chciałam dziś napisać.
Żeby wrócić do pracy muszę znaleźć mądrą, dobrą, ciepłą, odpowiedzialną nianię. Babcia bowiem, która pomagała mi w wychowaniu całej trójki starszych dzieci, nie dałaby już rady opiekować się ok. 7 godzin dziennie półrocznym szkrabem. Przeglądałam wczoraj różne fora internetowe w poszukiwaniu informacji dotyczącej kwoty, jaką będę musiała poświęcić na ten cel. Wiem, że codzienny kontakt z małym dzieckiem wymaga wiele wysiłku i nie jest to praca, w której można usiąść sobie na krześle i tylko pilnować, aby nic złego się nie działo. To z pewnością duży wysiłek i duża odpowiedzialność, które powinny być odpowiednio nagrodzone. Wiem to wszystko, wiem, ale… No właśnie pozostaje, „ale”.
Ile możemy zapłacić, żeby powrót do pracy miał jakiś sens? Bo jeśli 3/4 mojej pensji pójdzie na opłacenie niani + dojazdy do pracy, to niewiele już zostanie.
To może poszukać tańszej opiekunki? Z tego, co przeczytałam – nie warto, bo osoby, które życzą sobie mniej nie mają odpowiednich kwalifikacji i może się okazać, że dziecko pozostające pod ich „opieką” wcale się nie rozwija lub w ogóle uwstecznia. Do tego pozostaje jeszcze kwestia zaufania. Czy każdą osobę zostawiłabym samą w domu z najcenniejszym moim skarbem – dzieckiem? Na pewno nie.
To jak w takim razie pogodzić wszystkie 3 rzeczy: odpowiednio wynagrodzić, zostawić część wypłaty we własnym portfelu i znaleźć osobę godną zaufania?
Trochę się załamałam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej w takim układzie zacisnąć pasa, zmniejszyć wydatki i pozostać z Zuzią w domu? Tak źle i tak niedobrze.
W końcu przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, ostatnia deska ratunku – zaprzyjaźnione panie emerytki. Może któraś z nich zechce zająć się naszą córeczką i nie zedrze z nas ostatniej skóry? Zobaczymy…


Tęsknoty

Nasza Zuzia jest cudowna. Co dzień biorąc ją rano na ręce dziękuję za ten DAR, który otrzymaliśmy. Opieka nad nią zajmuje mi praktycznie cały dzień. Do tego dochodzą jeszcze normalne rodzinne kontakty ze starszymi dziećmi i mężem oraz troska o dom. Wydawałoby się, że powinno mi tego wszystkiego wystarczyć.
Na brak zajęć rzeczywiście nie mogę narzekać. Każdy przecież chce żeby poświęcić mu chociaż odrobinę czasu. Życie toczy się dalej i fakt, że na świat przyszła Zuzia niczego nie zmienia. Dorastające dzieci mają swoje problemy i sprawy, którymi chcą się dzielić. Staram się uczestniczyć w ich życiu najlepiej jak potrafię.
A jednak czasem czegoś mi brakuje, czuję się niedowartościowana i nie wiem, co z sobą zrobić. Zastanawiam się, czy to normalne. Przecież mając tak wspaniałą rodzinę, powinnam być radosna, pogodna i w pełni usatysfakcjonowana. Z jednej strony dobrze mi w domu i ze strachem myślę o powrocie do pracy i pozostawieniu Zuzanki z nianią, a z drugiej strony trochę ciągnie mnie do ludzi. Myślę o znalezieniu pracy, która umożliwiałaby mi kontakt ze światem, ale jednocześnie nie wymagałaby siedzenia 8 godzin w biurze. Jak pogodzić pracę ( czytaj – dowartościować się w innej dziedzinie) z poświęceniem maksimum czasu maleństwu?? Myślę intensywnie i szukam sposobu.