Każdemu przyda się trochę kultury

Ostatnio jakoś często udaje mi się wybywać z domu tzn. trafiają mi się okazje różnych spotkań towarzyskich, a moja wspaniała rodzinka ( tu wielki ukłon w ich stronę  hahaha ) stara się tak zorganizować, abym mogła w nich uczestniczyć.
Parę dni temu zadzwoniła moja przyjaciółka i zaproponowała mi wyjście do filharmonii na koncert pt. „Najpiękniejsze przeboje XX wieku”. Zareagowałam z wielkim entuzjazmem, bo już nie pamiętam kiedy miałam do czynienia z kulturą przez duże K. No i wreszcie wczoraj był ten cudowny wieczór. Nie jestem wielką melomanką, ale od czasu do czasu dobrze jest posłuchać czegoś innego niż Radio Złote Przeboje. Poza tym wiąże się to z odświętnym strojem, bezpośrednim kontaktem z artystami, szczególną atmosferą, jaka wytwarza się wśród słuchających i obecnością w pięknej sali filharmonii. I chociaż artystami okazali się być studenci i uczniowie szkoły muzycznej, to grali tak pięknie, że aż otrzymali owacje na stojąco. Naprawdę zasłużyli sobie na nie. Najbardziej podobał mi się młody człowiek ( a właściwie jego gra ) grający na klawesynie. Po prostu mistrzostwo świata. Machał pałeczkami ( to się pewnie zupełnie inaczej nazywa ) tak szybko, że momentami prawie nie było ich widać. Byłam pod wrażeniem.
A po koncercie wróciłam do domu, gdzie w łóżeczku spała już słodko mała Zuzanna, przed TV siedziała Aśka i oglądała Zakochaną złośnicę, a Jacek i Karolina uczyli się w swoich pokojach.
Usiedliśmy z mężem przy kolacji i w spokoju prowadziliśmy miłą pogawędkę. Po prostu sielanka.
Stwierdziłam, że kultura „wyższych lotów” wpływa na kulturę w ogóle, na życie rodzinne i towarzyskie. Dobrze jest od czasu do czasu zobaczyć dobry film, sztukę teatralną, czy posłuchać koncertu. Ja zrobiłam sobie mocne postanowienie, że będę bywać częściej w świecie kultury. Może już niedługo uda się zabrać na jakąś wystawę naszą najmłodszą córeczkę…

Mamusia ma wychodne

Przedwczoraj miałam urodziny i Mąż zabrał mnie na kolację. Starsze córy zaopiekowały się małą Zuzią, więc mogłam bez stresu wyjść. Już dawno nie udało mi się wyrwać z domu na tak długo. Lekko podekscytowana tym faktem i perspektywą spędzenia miłego wieczoru tylko w towarzystwie mojego od 20 lat ukochanego Męża, zrobiłam sobie delikatny makijaż i w drogę.
Usiedliśmy sobie w przytulnym miejscu i złożyliśmy zamówienie. Jedzenie było pyszne a atmosfera bardzo miła. Po lampce wina zrobiło mi się gorąco, lekko szumiało w głowie a na twarzy pojawiły się niesamowite wypieki. No tak, zawsze miałam słabą głowę a teraz bardzo dawno nie piłam alkoholu. Miło gawędziliśmy sobie przy kawce a za oknem padał upragniony deszcz.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, twarz owiało mi rześkie, wiosenne powietrze. W świetnych nastrojach wróciliśmy do domu, gdzie czekały na nas dzieci.
Nie było mnie około 3 godziny a już się za nimi stęskniłam. To dziwne, ale wyglądały jakoś inaczej. Miałam wrażenie, że dawno się nie widzieliśmy. Mogłam bez problemu słuchać ich opowieści ( czasem dziwnej treści ), nie denerwowały mnie nie wykonane obowiązki, ze spokojem przyjęłam marudzenie zmęczonej Zuzi. Po prostu spłynął na mnie stoicki spokój. Skąd się to wzięło? Z zaledwie kilku chwil spędzonych poza domem, z oderwania od codziennych obowiązków, z bujania w obłokach. „Wychodne” pozwoliło mi zaczerpnąć nowych sił, uzbroić się w cierpliwość, napełnić serce miłością i dobrocią, oddaniem i wyrozumiałością. Teraz mogę znów stawić czoła codzienności i czekać do następnego razu.
Doszłam do wniosku, że dla zdrowia psychicznego i dobrej atmosfery w rodzinie, mamusia musi czasem mieć wolne popołudnie. Zamierzam się tego trzymać i konsekwentnie wcielać w życie.

Kłótnie nastolatek

Mam w domu dwie kochane i kochające się nastolatki, ale potrafią zaleźć za skórę i świętego wyprowadzić z równowagi. Jedna za drugą tęskni, gdy się nie widzą. Jedna o drugiej myśli i przjmuje się jej problemami, ale…
Gdy tylko są razem w pokoju zaczynają się awantury. Bo muzyka za głośno, albo nie taka, jak trzeba. Bo bałagan na biurku i kurz na półkach. Bo teraz moja kolej, żeby posiedzieć przy komputerze. Bo któraś ubrała bez pozwolenia jakiś ciuch należący do drugiej itp. itd.
Czasem trudno mi to wytrzymać. Staram się je zrozumieć, bo bycie nastolatką nie jest sprawą łatwą. Jest to okres buntu i chęci udowodnienia, że jest się już prawie dorosłą osobą. Hormony wpływają na nastroje tak, że w jednej chwili są radosne, podekscytowane i szczęśliwe, a za moment pojawia się całe mnóstwo niepokojów, trosk i wątpliwości, które doprowadzają do wisielczego humoru. I wtedy ratuj się kto może :) lepiej im schodzić z drogi.
Ja też kiedyś przez to przechodziłam i pamiętam moje kłótnie i … bitwy z bratem. O zgrozo, czasem się nieźle poturbowaliśmy. Jednak, gdy braciszek coś przeskrobał i czekała go surowa kara, stawałam za nim murem. No tak, to dlaczego dziwię się moim córkom??
Nie dziwię się tylko marzę, żeby już z tego wyrosły. Starsza już prawie ma to za sobą, ale młodsza ( 14 lat ) tkwi w tym po uszy i nie widać, żeby coś się miało nagle zmienić. Musimy uzbroić się w cierpliwość i starać się rozładowywać napięcia. Kłótniom sprzyja też ciasnota mieszkaniowa. Nie mamy możliwości, żeby je rozdzielić, co pewnie poprawiłoby sytuację. Każdy przecież marzy, żeby mieć własny kąt, w którym można by się zaszyć i spokojnie pomyśleć a nie słuchać ciągle uwag i pouczeń.

Ulubione

Minął kolejny dzień życia Zuzanki. Cała rodzinka z zachwytem patrzy, jak to maleństwo szybko się rozwija. Zwłaszcza najstarsza ( dobijająca do 18stki ) siostra często stwierdza, że teraz Zuzia jest taka fajna.
Ma już swoje ulubione zabawki, które wywołują uśmiech na twarzy: miękką lalę, grzechotkę z zawieszonymi krówkami i niebieski gryzaczek.
Najbardziej cieszy się jednak, gdy podchodzi się do niej, obdarza ją uśmiechem i zagaduje w niemowlęcym języku. Wtedy buzia otwiera się w szerokim uśmiechu, rączki i nóżki podskakują radośnie i zaczyna się długa przemowa: ghr, gu, gi, ahr. Uwielbia wręcz gaworzyć z buzią pełną śliny. Wtedy wychodzi jej przepiękne, francuskie „rrr”.
Najwspanialszym miejscem do leżenia jest …. przewijak. Doprawdy nie wiem, co my zrobimy, jak z niego wyrośnie. A już teraz zajmuje na nim praktycznie całe miejsce i trzeba uważać, żeby się nie skulnęła przy swoich gimnastycznych ćwiczeniach i przeciąganiu się.
Najlepsza w zabawianiu Zuzi jest młodsza siostra – Karolina. Chociaż mała jest bardzo pogodna i właściwie do każdego domownika chętnie się śmieje, to jednak najlepiej „rozumieją się” właśnie one. Myślę, że jak już nauczy się mówić, to powie, że Kalola to jej ulubiona siostra  hahaha

Cisza w domu, czyli czas na sen

Nasze mieszkanko jest niewielkie. Dziewczynki ( Aśka i Karolina ) mają wspólny pokój i toczą ze sobą nieustanne „walki” o słuchaną muzykę, czas spędzony przy komputerze, o ciuchy, bałagan itp. Kochają się bardzo i jedna martwi się niepowodzeniami i problemami drugiej, ale za nic nie przyznają się do tego głośno. Ot taki wiek. Jacek jet w komfortowej sytuacji, bo ma swój maleńki pokoik tylko dla siebie. Jak to się mówi: ciasny, ale własny. A my rodzice mieszkamy obecnie w pokoju z małą Zuzią. Na dodatek pokój jest połączony z kuchnią. Celowo zburzyliśmy ścianę, abym nie była zamknięta w kuchni – jest ona bowiem bardzo mała i w zasadzie jest tam miejsce tylko dla jednej osoby. Teraz jest jednak mały kłopot, bo nasza dzidzia jest wrażliwa na wszelkie stukania i trzaskanie. To chyba normalne?? W związku z tym staramy się poruszać cicho, gdy śpi lub zasypia. A że śpi ku naszej radości bardzo dużo, to w zasadzie ciągle uciszam moje duże pociechy. Myślę, że nie są z tego powodu zadowoleni, ale jakoś się nie buntują. Biedaki nie mają wyjścia. Może ktoś zna sposób na przyzwyczajenie dziecka do hałasów w domu?