Czy nastolatki chcą być całowane przez rodziców

Niedawno podczas zabawy, pieszczenia i całowania półrocznej Zuzi wyraziłam żal, że nasze starsze dzieci są już takie duże i nie można ich ciągle całować. Na moją uwagę niespodziewanie zareagowała najstarsza Asia, która odparła, że przecież wcale tak nie jest. Ona jak najbardziej chce i nigdy nie miała nic przeciwko całowaniu jej przez rodziców, bo przecież nas kocha i my ją kochamy. Szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyła, bo wydawało mi się, że tak troszkę „kradnę” im te całusy.   Z pewnym wahaniem stwierdziłam, że nie wiem, czy wszyscy tak myślą. No bo może dziewczyny mają troszkę inne spojrzenie na tę kwestię niż chłopaki. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że skoro już o tym rozmawiamy, to trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości. Poszłam więc zapytać syna. Jacek zdziwił się, gdy zapytałam go, czy mogę go całować. Pewnie się przestraszył, czego od niego chcę  hehe i kto wie, co o mnie pomyślał  wstyd , bo powiedział: no nie wiem… Szybko dodałam więc: no wiesz np. na dobranoc. Wtedy uśmiechnął się i odpowiedział: chyba tak. No i tym sposobem uzyskałam zgodę nastolatków na wyrażanie mojej miłości poprzez buziaki. Oczywiście wiem, że nie zawsze i nie wszędzie jest to dozwolone, ale w zaciszu domowym nawet nastoletni chłopak nie ma nic przeciwko temu. A może nawet  potrzebuje takich rodzicielskich dowodów miłości? ( chociaż głośno się do tego nie przyzna ).

Każdemu przyda się trochę kultury

Ostatnio jakoś często udaje mi się wybywać z domu tzn. trafiają mi się okazje różnych spotkań towarzyskich, a moja wspaniała rodzinka ( tu wielki ukłon w ich stronę  hahaha ) stara się tak zorganizować, abym mogła w nich uczestniczyć.
Parę dni temu zadzwoniła moja przyjaciółka i zaproponowała mi wyjście do filharmonii na koncert pt. „Najpiękniejsze przeboje XX wieku”. Zareagowałam z wielkim entuzjazmem, bo już nie pamiętam kiedy miałam do czynienia z kulturą przez duże K. No i wreszcie wczoraj był ten cudowny wieczór. Nie jestem wielką melomanką, ale od czasu do czasu dobrze jest posłuchać czegoś innego niż Radio Złote Przeboje. Poza tym wiąże się to z odświętnym strojem, bezpośrednim kontaktem z artystami, szczególną atmosferą, jaka wytwarza się wśród słuchających i obecnością w pięknej sali filharmonii. I chociaż artystami okazali się być studenci i uczniowie szkoły muzycznej, to grali tak pięknie, że aż otrzymali owacje na stojąco. Naprawdę zasłużyli sobie na nie. Najbardziej podobał mi się młody człowiek ( a właściwie jego gra ) grający na klawesynie. Po prostu mistrzostwo świata. Machał pałeczkami ( to się pewnie zupełnie inaczej nazywa ) tak szybko, że momentami prawie nie było ich widać. Byłam pod wrażeniem.
A po koncercie wróciłam do domu, gdzie w łóżeczku spała już słodko mała Zuzanna, przed TV siedziała Aśka i oglądała Zakochaną złośnicę, a Jacek i Karolina uczyli się w swoich pokojach.
Usiedliśmy z mężem przy kolacji i w spokoju prowadziliśmy miłą pogawędkę. Po prostu sielanka.
Stwierdziłam, że kultura „wyższych lotów” wpływa na kulturę w ogóle, na życie rodzinne i towarzyskie. Dobrze jest od czasu do czasu zobaczyć dobry film, sztukę teatralną, czy posłuchać koncertu. Ja zrobiłam sobie mocne postanowienie, że będę bywać częściej w świecie kultury. Może już niedługo uda się zabrać na jakąś wystawę naszą najmłodszą córeczkę…

Zuzanna skończyła 6 miesięcy

Czas biegnie tak szybko, że nawet się nie obejrzałam , jak minęło pół roku od narodzenia naszej najmłodszej córeczki. Jest teraz taka rozkoszna, że nie sposób się przy niej nie zatrzymać choć na chwilę. Po prostu trzeba na nią popatrzeć, pobyć z nią, uśmiechnąć się choćby się było w najgorszym humorze. Ma w sobie taką radość życia, że rozsiewa ją dookoła siebie i dzieli między członków rodziny. Cieszy się ze wszystkiego: że mama idzie z butelką mleka, że zmienia się jej pieluszkę, że nareszcie będzie kąpana ( to chyba najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia ), że może bawić się swoimi grzechotkami i gaworzyć do woli.
Czasem się zastanawiam, gdzie ta niemowlęca radość znika z wiekiem. Dlaczego w oczach nastolatków i dorosłych brak tych wesołych iskierek a usta często wyginają się, ale w drugą stronę.
Zuzia obserwuje wszystkich bardzo uważnie i często próbuje naśladować różne odgłosy. Ostatnio podchwyciła „kaszelek” i z upodobaniem zabawia się tym nowym dźwiękiem w łóżeczku. Dziś została na trochę z babcią, a po powrocie usłyszałam, że dziecko kaszle. I babcia wyglądała na bardzo zmartwioną.  Musiałam jej przypomnieć, że kilka dni temu sama bawiła się z małą w ten sposób… Ta zabawa wystarczyła, aby Zuzka pojęła jak wydać z siebie taki dźwięk.
Mała coraz lepiej siedzi i widać, że sprawia jej przyjemność samodzielne sięganie po rozłożone obok zabawki. Czasem plecki się męczą i wtedy opiera się na rączkach. Wygląda wtedy troszkę, jak żabka i jest dla mnie sygnałem, że czas położyć dziecko, aby kręgosłup odpoczął.
Zuzka nadal pozostaje wielkim śpiochem, co mi wcale nie przeszkadza. Nie poddaje się książkowym regułom i robi sobie 2 długie drzemki przed południem oraz jedną długą lub 2 krótsze po południu. Oprócz tego normalnie przesypia ok. 8 godzin w nocy.
Rośnie, jak na drożdżach i nie ma z nią problemów. Kochamy ją wszyscy bardzo i ona o tym wie. Patrzy domownikom w oczy i robi do nas swoje śmieszne minki. Uwielbia obserwować swoje starsze siostry i brata. Cieszy się zawsze, gdy do niej podchodzą. Mam nadzieję, że ta więź pozostanie między nimi na zawsze.

Mamusia ma wychodne

Przedwczoraj miałam urodziny i Mąż zabrał mnie na kolację. Starsze córy zaopiekowały się małą Zuzią, więc mogłam bez stresu wyjść. Już dawno nie udało mi się wyrwać z domu na tak długo. Lekko podekscytowana tym faktem i perspektywą spędzenia miłego wieczoru tylko w towarzystwie mojego od 20 lat ukochanego Męża, zrobiłam sobie delikatny makijaż i w drogę.
Usiedliśmy sobie w przytulnym miejscu i złożyliśmy zamówienie. Jedzenie było pyszne a atmosfera bardzo miła. Po lampce wina zrobiło mi się gorąco, lekko szumiało w głowie a na twarzy pojawiły się niesamowite wypieki. No tak, zawsze miałam słabą głowę a teraz bardzo dawno nie piłam alkoholu. Miło gawędziliśmy sobie przy kawce a za oknem padał upragniony deszcz.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, twarz owiało mi rześkie, wiosenne powietrze. W świetnych nastrojach wróciliśmy do domu, gdzie czekały na nas dzieci.
Nie było mnie około 3 godziny a już się za nimi stęskniłam. To dziwne, ale wyglądały jakoś inaczej. Miałam wrażenie, że dawno się nie widzieliśmy. Mogłam bez problemu słuchać ich opowieści ( czasem dziwnej treści ), nie denerwowały mnie nie wykonane obowiązki, ze spokojem przyjęłam marudzenie zmęczonej Zuzi. Po prostu spłynął na mnie stoicki spokój. Skąd się to wzięło? Z zaledwie kilku chwil spędzonych poza domem, z oderwania od codziennych obowiązków, z bujania w obłokach. „Wychodne” pozwoliło mi zaczerpnąć nowych sił, uzbroić się w cierpliwość, napełnić serce miłością i dobrocią, oddaniem i wyrozumiałością. Teraz mogę znów stawić czoła codzienności i czekać do następnego razu.
Doszłam do wniosku, że dla zdrowia psychicznego i dobrej atmosfery w rodzinie, mamusia musi czasem mieć wolne popołudnie. Zamierzam się tego trzymać i konsekwentnie wcielać w życie.

Jak znaleźć dobrą nianię

Urlop macierzyński skończył mi się już dawno. Wykorzystałam też urlop wypoczynkowy za zeszły rok i jestem w trakcie tegorocznego. Chciałabym jak najdłużej pozostać z Zuzią, bo wiem jaki ten okres jest ważny w życiu dziecka. Tak gwałtownego rozwoju fizycznego i emocjonalnego nie będzie już nigdy. Czas spędzony z dzieckiem zaowocuje w przyszłości. Dlatego też myślę wraz z mężem, żeby wziąć jeszcze trochę urlopu wychowawczego. Nie może to być długi okres, bo wiadomo – urlop wychowawczy jest bezpłatny. Mając czworo dzieci nie można sobie pozwolić, aby nie pracować zawodowo i nie zarabiać pieniędzy. Potrzeb jest bowiem dużo i nie wiadomo, jak je wszystkie godzić. Ale nie o tym chciałam dziś napisać.
Żeby wrócić do pracy muszę znaleźć mądrą, dobrą, ciepłą, odpowiedzialną nianię. Babcia bowiem, która pomagała mi w wychowaniu całej trójki starszych dzieci, nie dałaby już rady opiekować się ok. 7 godzin dziennie półrocznym szkrabem. Przeglądałam wczoraj różne fora internetowe w poszukiwaniu informacji dotyczącej kwoty, jaką będę musiała poświęcić na ten cel. Wiem, że codzienny kontakt z małym dzieckiem wymaga wiele wysiłku i nie jest to praca, w której można usiąść sobie na krześle i tylko pilnować, aby nic złego się nie działo. To z pewnością duży wysiłek i duża odpowiedzialność, które powinny być odpowiednio nagrodzone. Wiem to wszystko, wiem, ale… No właśnie pozostaje, „ale”.
Ile możemy zapłacić, żeby powrót do pracy miał jakiś sens? Bo jeśli 3/4 mojej pensji pójdzie na opłacenie niani + dojazdy do pracy, to niewiele już zostanie.
To może poszukać tańszej opiekunki? Z tego, co przeczytałam – nie warto, bo osoby, które życzą sobie mniej nie mają odpowiednich kwalifikacji i może się okazać, że dziecko pozostające pod ich „opieką” wcale się nie rozwija lub w ogóle uwstecznia. Do tego pozostaje jeszcze kwestia zaufania. Czy każdą osobę zostawiłabym samą w domu z najcenniejszym moim skarbem – dzieckiem? Na pewno nie.
To jak w takim razie pogodzić wszystkie 3 rzeczy: odpowiednio wynagrodzić, zostawić część wypłaty we własnym portfelu i znaleźć osobę godną zaufania?
Trochę się załamałam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej w takim układzie zacisnąć pasa, zmniejszyć wydatki i pozostać z Zuzią w domu? Tak źle i tak niedobrze.
W końcu przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, ostatnia deska ratunku – zaprzyjaźnione panie emerytki. Może któraś z nich zechce zająć się naszą córeczką i nie zedrze z nas ostatniej skóry? Zobaczymy…


1 Maja – święto rodziny

Dziś był przepiękny dzień, bo mogliśmy go spędzić razem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy tak długo całą rodzinką. Zostawiliśmy za sobą wszystkie nasze codzienne obowiązki i wyruszyliśmy na działkę. Nie interesował mnie bałagan w domu, nie ugotowany obiad, zakupy, pranie itp. Mąż nie pracował przy komputerze i ku mojej uciesze nawet o tym nie wspomniał. Dzieci, jak to dzieci, były zadowolone, że rodzice nic od nich nie chcą, nie pytają o lekcje, nie gonią do sprzątania…
A wszystko zaczęło się od cudownego poranka, kiedy to razem z Zuzią ( po jedzeniu o 6:00 ) zasnęłyśmy kamiennym snem. Obudziłyśmy się prawie jednocześnie o 9:30. Z niedowierzaniem spojrzałam na zegarek a Zuzia z uśmiechem od ucha do ucha zaczęła badać rączkami moją twarz. Po wspaniałym, bo przygotowanym przez Męża śniadanku, zaczęliśmy zbierać się na wycieczkę. Nawet nasz piesek wyczuł, że coś się święci i z radości aż piszczał. Kręcił się pod nogami i nie mógł się doczekać, kiedy założą mu smycz. Pakowanie się do 2 samochodów zajęło nam trochę czasu, bo dla małej trzeba zabrać wszystko na zapas i na wszelki wypadek. Całe szczęście, że zdążyłam zrobić prawo jazdy, bo teraz mielibyśmy ogromny problem. Całe towarzystwo nie mieści się już do jednego auta, a na nowy i duży samochodzik na razie nas nie stać. Kiedy ruszaliśmy spod domu Zuzanka powoli robiła się senna i jak było do przewidzenia, po drodze zasnęła. Kiedy zatrzymaliśmy się na działce na chwilę się przebudziła. Przełożyliśmy ją więc do wózka i ruszyliśmy w „trasę objazdową” po naszych włościach. Słoneczko grzało, drzewka owocowe już zaczęły gubić delikatne kwiatki i momentami wyglądało, jakby padał śnieg. Maleńka obserwowała z wózka poruszające się gałązki aż jej oczka znów zrobiły się ciężkie. Postawiłam ją w cieniu ogromnego świerku i z rozkoszą rozsiadłam się na ogrodowym krzesełku. Reszta rodzinki grała w tym czasie w siatkówkę. Czas mijał szybko a Zuzia wciąż spała. Po jakiś 3 godzinach przebudziła się wreszcie. Przebrana i nakarmiona zaczęła rozkosznie gaworzyć, jak to tylko ona potrafi. Po powrocie do domu mój kochany Mężuś zaproponował zamówienie pizzy, no bo przecież dziś święto  hehehe
Po entuzjastycznym „TAK” pozostało tylko poczekać na dostawę. Obiadek był nadzwyczaj smaczny no i nie musiałam go robić. Tak się tym wszystkim zmęczyłam, że po jedzeniu tylko na chwilkę przysiadłam na tapczanie i film mi się urwał. Popołudnie upłynęło nam równie leniwie z tym, że starsze dzieci wywędrowały z domu. Pobawiliśmy się z Zuzią, pogadaliśmy sobie i dzień się skończył. A szkoda… Dlaczego 1 maja jest tylko raz w roku? Wnioskuję za rodzinnym świętowaniem przynajmniej raz w miesiącu. No i trzeba zmienić nazwę z święta pracy ( my dziś leniuchowaliśmy ) na święto rodziny.

Refleksja nad Wielkanocą

Czas tak szybko leci, że ani się obejrzałam, jak minęły święta. Zresztą w tym roku nie udało mi się przeżyć ich we właściwy sposób i czuję w sercu wielki niedosyt.
No cóż, niektórym osobom Wielkanoc kojarzy się z wiosną, zielenią pierwszych listków, baziami, święconką w pięknie przystrojonym koszyczku, żółtymi kurczaczkami i pisankami na życzeniach świątecznych wysyłanych do rodziny i znajomych, a także suto zastawionym stołem, dyngusem i odpoczynkiem od codziennych obowiązków.
W naszej rodzinie też było to wszystko. Zabrakło mi tylko (albo aż) możliwości uczestniczenia w Triduum Paschalnym. Próbowałam nawet wybrać się z naszą 5-cio miesięczną córeczką do kościoła, ale nie dałyśmy rady. Było za dużo ludzi, za wiele różnych nieznanych dźwięków, za długo i za późno. Zuzia rozpłakała się zaraz na wstępie i musiałam się poddać. Wróciłam do domu smutna, bo dla mnie – osoby wierzącej i praktykującej – te 3 dni poprzedzające Święta Zmartwychwstania Pańskiego mają ogromne znaczenie. Pozwalają cieszyć się z ustanowienia Eucharystii i sakramentu kapłaństwa, przeżyć głębiej tajemnicę krzyża, oczekiwać na Jego zmartwychwstanie. Każdy symbol, gest, dźwięk, słowo pomaga człowiekowi zrozumieć to, czego rozumem pojąć się nie da. Trudno wejść w nastrój świąteczny pomijając całe to duchowe przygotowanie. Dlatego też jest mi tak jakoś pusto w środku i tęsknię już do uroczystości za rok. Może wtedy Zuzanka pozwoli mi chociaż trochę zanurzyć się w atmosferze Wielkiej Nocy.

Kłótnie nastolatek

Mam w domu dwie kochane i kochające się nastolatki, ale potrafią zaleźć za skórę i świętego wyprowadzić z równowagi. Jedna za drugą tęskni, gdy się nie widzą. Jedna o drugiej myśli i przjmuje się jej problemami, ale…
Gdy tylko są razem w pokoju zaczynają się awantury. Bo muzyka za głośno, albo nie taka, jak trzeba. Bo bałagan na biurku i kurz na półkach. Bo teraz moja kolej, żeby posiedzieć przy komputerze. Bo któraś ubrała bez pozwolenia jakiś ciuch należący do drugiej itp. itd.
Czasem trudno mi to wytrzymać. Staram się je zrozumieć, bo bycie nastolatką nie jest sprawą łatwą. Jest to okres buntu i chęci udowodnienia, że jest się już prawie dorosłą osobą. Hormony wpływają na nastroje tak, że w jednej chwili są radosne, podekscytowane i szczęśliwe, a za moment pojawia się całe mnóstwo niepokojów, trosk i wątpliwości, które doprowadzają do wisielczego humoru. I wtedy ratuj się kto może :) lepiej im schodzić z drogi.
Ja też kiedyś przez to przechodziłam i pamiętam moje kłótnie i … bitwy z bratem. O zgrozo, czasem się nieźle poturbowaliśmy. Jednak, gdy braciszek coś przeskrobał i czekała go surowa kara, stawałam za nim murem. No tak, to dlaczego dziwię się moim córkom??
Nie dziwię się tylko marzę, żeby już z tego wyrosły. Starsza już prawie ma to za sobą, ale młodsza ( 14 lat ) tkwi w tym po uszy i nie widać, żeby coś się miało nagle zmienić. Musimy uzbroić się w cierpliwość i starać się rozładowywać napięcia. Kłótniom sprzyja też ciasnota mieszkaniowa. Nie mamy możliwości, żeby je rozdzielić, co pewnie poprawiłoby sytuację. Każdy przecież marzy, żeby mieć własny kąt, w którym można by się zaszyć i spokojnie pomyśleć a nie słuchać ciągle uwag i pouczeń.

Ulubione

Minął kolejny dzień życia Zuzanki. Cała rodzinka z zachwytem patrzy, jak to maleństwo szybko się rozwija. Zwłaszcza najstarsza ( dobijająca do 18stki ) siostra często stwierdza, że teraz Zuzia jest taka fajna.
Ma już swoje ulubione zabawki, które wywołują uśmiech na twarzy: miękką lalę, grzechotkę z zawieszonymi krówkami i niebieski gryzaczek.
Najbardziej cieszy się jednak, gdy podchodzi się do niej, obdarza ją uśmiechem i zagaduje w niemowlęcym języku. Wtedy buzia otwiera się w szerokim uśmiechu, rączki i nóżki podskakują radośnie i zaczyna się długa przemowa: ghr, gu, gi, ahr. Uwielbia wręcz gaworzyć z buzią pełną śliny. Wtedy wychodzi jej przepiękne, francuskie „rrr”.
Najwspanialszym miejscem do leżenia jest …. przewijak. Doprawdy nie wiem, co my zrobimy, jak z niego wyrośnie. A już teraz zajmuje na nim praktycznie całe miejsce i trzeba uważać, żeby się nie skulnęła przy swoich gimnastycznych ćwiczeniach i przeciąganiu się.
Najlepsza w zabawianiu Zuzi jest młodsza siostra – Karolina. Chociaż mała jest bardzo pogodna i właściwie do każdego domownika chętnie się śmieje, to jednak najlepiej „rozumieją się” właśnie one. Myślę, że jak już nauczy się mówić, to powie, że Kalola to jej ulubiona siostra  hahaha

Odkrywanie świata

Jakoś ostatnio trudno mi znaleźć trochę wolnego czasu na pisanie, a Zuzka ciągle się zmienia i odkrywa coś nowego. Wczoraj na przykład obudziła się rano i zaczęła ćwiczyć mostki – opiera się na piętach i główce i wygina ciałko w pałąk. Potrafi nawet się troszkę w tej pozycji przesunąć. Postanowiła też, że od dziś będzie bacznie obserwować świat. W każdym miejscu i pozycji kręci główką we wszystkie strony, jakby nic nie mogła przeoczyć. Oczy ma szeroko otwarte i wielce zaciekawione wszystkim, co się wokół niej dzieje. Czasem aż buzię otwiera ze zdziwienia. Szeroko otwiera zaciśnięte dotąd rączki i próbuje złapać znajdujące się w jej zasięgu przedmioty. Nawet jej się to nieźle udaje. Strasznie szybko mija czas i tak trudno uchwycić te chwile, które już nigdy nie wrócą. Cieszę się, że się tak ładnie rozwija i próbuję zapisać na blogu, w sercu i w pamięci jak najwięcej szczegółów z tego okresu jej życia. Może kiedyś sama będzie mogła przeczytać, jaka była i co czuła jej mama…