Zuzia urodziła się z mocno przygiętymi stópkami, ponieważ miała mało miejsca. Jest to tzw. wada ułożeniowa. W zasadzie powinno się to wyrównać samoistnie, ale dostała skierowanie do lekarza w celu dokonania oceny i korekty. Nastawiłam się na badanie stóp, więc ubrałam małej śpioszki z rozpięciem na dole. Zdziwiłam się więc bardzo, gdy pani doktor kazała ją rozebrać do pieluszki. Potem doznałam jeszcze większego szoku widząc, jak odbywa się badanie takiego malucha. Pani łapała ją za jedną rękę i nogę i trzymała tak przed sobą, oglądając jednocześnie jej ułożenie w lustrze. Następnie trzymała ją w pasie i przekręcała w lewo i w prawo obserwując położenie główki. Kolejna sprawa: chwytając za obie ręce próbowała ją podnieść z pozycji leżącej do siadu również oceniając trzymanie główki. Po tych wszystkich akrobacjach Zuzia ulała sporo pokarmu. Ja się strasznie denerwowałam, chociaż starałam się nie okazywać tego na zewnątrz. W domu przecież wszyscy pilnujemy, żeby podtrzymywać główkę, biorąc Zuzkę na ręce, a tu proszę – lekarz się nie pieści. Wiem, że pani doktor robiła to umiejętnie w celu badania itd., ale wyglądało to koszmarnie. Taki mały nieporadny człowiek przerzucany w tę i z powrotem… Gdybyście więc wybierali się do lekarza z jakąś wadą urodzeniową, to nie łudźcie się, że skończy się na oglądaniu danego miejsca. Lekarz musi obejrzeć wszystko!!!
Okazało się, że wszystko jest w porządku, a na stópki pani zaleciła masaże. Od 8 tygodnia życia rozpoczęłyśmy więc codzienne wizyty na masażu. Zuzia znosiła dzielnie wszystkie zabiegi. Nie mogła tylko być zbyt krótko po jedzeniu, bo wtedy ulewała pokarm. Przeszkadzali jej również mali płaczący pacjenci. Robiła wtedy duże oczy, na buźce pojawiała się podkówka, rączki i nóżki zaczynały się trząść i rozpoczynał się płacz. Nie była przyzwyczajona do takich wrzasków. W domu miała ciszę i spokój.
Jeździłyśmy na zabiegi przez 2 miesiące, niezależnie od pogody, czasem przy 15-sto stopniowym mrozie.
Z każdym dniem Zuzia rozwijała się i po jakimś czasie musiałam ją zabawiać grzechotką i gaworzeniem. Gdy miała ok. 2,5 miesiąca zaczęły się problemy z trawieniem: bardzo ulewała i miała problemy z kupkami. Na kilka dni musiałam nawet przerwać masaże. Tradycją stało się już puszczanie gazów w czasie masowania jej przez panią Karolinę. Nazwała ją nawet Zuzią bączkarą
Po 10-ciu masażach przeszłyśmy z Zuzką ponowne „rzucanie” w trakcie badania u p. doktor. Potem jeździłyśmy na kolejne 10 zabiegów. Po kolejnym badaniu i zaleceniu następnych masaży zrezygnowałam. Masażystka powiedziała mi, że takie „wady” naprawiają się same, gdy dziecko zaczyna chodzić. Do trzech lat w zasadzie nie uznaje się tego za wadę. Byłyśmy już zmęczone ciągłym dojeżdżaniem na określoną godzinę. Musiałam budzić małą, szybko karmić, przewijać, ubierać, dźwigać fotelik samochodowy i szczelnie zakrywać moje maleństwo przed śniegiem, deszczem i wiatrem. Nie miałyśmy czasu, żeby wyjść na spacer, bo pół dnia spędzałyśmy na przygotowaniach do zabiegu. Teraz będę ją masować w domu. Nie będzie to pewnie tak profesjonalne, ale za to w miłej atmosferze, w komfortowych warunkach i o dowolnej porze. Mam nadzieję, że efekt będzie równie dobry.