Mamusia ma wychodne

Przedwczoraj miałam urodziny i Mąż zabrał mnie na kolację. Starsze córy zaopiekowały się małą Zuzią, więc mogłam bez stresu wyjść. Już dawno nie udało mi się wyrwać z domu na tak długo. Lekko podekscytowana tym faktem i perspektywą spędzenia miłego wieczoru tylko w towarzystwie mojego od 20 lat ukochanego Męża, zrobiłam sobie delikatny makijaż i w drogę.
Usiedliśmy sobie w przytulnym miejscu i złożyliśmy zamówienie. Jedzenie było pyszne a atmosfera bardzo miła. Po lampce wina zrobiło mi się gorąco, lekko szumiało w głowie a na twarzy pojawiły się niesamowite wypieki. No tak, zawsze miałam słabą głowę a teraz bardzo dawno nie piłam alkoholu. Miło gawędziliśmy sobie przy kawce a za oknem padał upragniony deszcz.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, twarz owiało mi rześkie, wiosenne powietrze. W świetnych nastrojach wróciliśmy do domu, gdzie czekały na nas dzieci.
Nie było mnie około 3 godziny a już się za nimi stęskniłam. To dziwne, ale wyglądały jakoś inaczej. Miałam wrażenie, że dawno się nie widzieliśmy. Mogłam bez problemu słuchać ich opowieści ( czasem dziwnej treści ), nie denerwowały mnie nie wykonane obowiązki, ze spokojem przyjęłam marudzenie zmęczonej Zuzi. Po prostu spłynął na mnie stoicki spokój. Skąd się to wzięło? Z zaledwie kilku chwil spędzonych poza domem, z oderwania od codziennych obowiązków, z bujania w obłokach. „Wychodne” pozwoliło mi zaczerpnąć nowych sił, uzbroić się w cierpliwość, napełnić serce miłością i dobrocią, oddaniem i wyrozumiałością. Teraz mogę znów stawić czoła codzienności i czekać do następnego razu.
Doszłam do wniosku, że dla zdrowia psychicznego i dobrej atmosfery w rodzinie, mamusia musi czasem mieć wolne popołudnie. Zamierzam się tego trzymać i konsekwentnie wcielać w życie.

1 Maja – święto rodziny

Dziś był przepiękny dzień, bo mogliśmy go spędzić razem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy tak długo całą rodzinką. Zostawiliśmy za sobą wszystkie nasze codzienne obowiązki i wyruszyliśmy na działkę. Nie interesował mnie bałagan w domu, nie ugotowany obiad, zakupy, pranie itp. Mąż nie pracował przy komputerze i ku mojej uciesze nawet o tym nie wspomniał. Dzieci, jak to dzieci, były zadowolone, że rodzice nic od nich nie chcą, nie pytają o lekcje, nie gonią do sprzątania…
A wszystko zaczęło się od cudownego poranka, kiedy to razem z Zuzią ( po jedzeniu o 6:00 ) zasnęłyśmy kamiennym snem. Obudziłyśmy się prawie jednocześnie o 9:30. Z niedowierzaniem spojrzałam na zegarek a Zuzia z uśmiechem od ucha do ucha zaczęła badać rączkami moją twarz. Po wspaniałym, bo przygotowanym przez Męża śniadanku, zaczęliśmy zbierać się na wycieczkę. Nawet nasz piesek wyczuł, że coś się święci i z radości aż piszczał. Kręcił się pod nogami i nie mógł się doczekać, kiedy założą mu smycz. Pakowanie się do 2 samochodów zajęło nam trochę czasu, bo dla małej trzeba zabrać wszystko na zapas i na wszelki wypadek. Całe szczęście, że zdążyłam zrobić prawo jazdy, bo teraz mielibyśmy ogromny problem. Całe towarzystwo nie mieści się już do jednego auta, a na nowy i duży samochodzik na razie nas nie stać. Kiedy ruszaliśmy spod domu Zuzanka powoli robiła się senna i jak było do przewidzenia, po drodze zasnęła. Kiedy zatrzymaliśmy się na działce na chwilę się przebudziła. Przełożyliśmy ją więc do wózka i ruszyliśmy w „trasę objazdową” po naszych włościach. Słoneczko grzało, drzewka owocowe już zaczęły gubić delikatne kwiatki i momentami wyglądało, jakby padał śnieg. Maleńka obserwowała z wózka poruszające się gałązki aż jej oczka znów zrobiły się ciężkie. Postawiłam ją w cieniu ogromnego świerku i z rozkoszą rozsiadłam się na ogrodowym krzesełku. Reszta rodzinki grała w tym czasie w siatkówkę. Czas mijał szybko a Zuzia wciąż spała. Po jakiś 3 godzinach przebudziła się wreszcie. Przebrana i nakarmiona zaczęła rozkosznie gaworzyć, jak to tylko ona potrafi. Po powrocie do domu mój kochany Mężuś zaproponował zamówienie pizzy, no bo przecież dziś święto  hehehe
Po entuzjastycznym „TAK” pozostało tylko poczekać na dostawę. Obiadek był nadzwyczaj smaczny no i nie musiałam go robić. Tak się tym wszystkim zmęczyłam, że po jedzeniu tylko na chwilkę przysiadłam na tapczanie i film mi się urwał. Popołudnie upłynęło nam równie leniwie z tym, że starsze dzieci wywędrowały z domu. Pobawiliśmy się z Zuzią, pogadaliśmy sobie i dzień się skończył. A szkoda… Dlaczego 1 maja jest tylko raz w roku? Wnioskuję za rodzinnym świętowaniem przynajmniej raz w miesiącu. No i trzeba zmienić nazwę z święta pracy ( my dziś leniuchowaliśmy ) na święto rodziny.