Refleksja nad Wielkanocą

Czas tak szybko leci, że ani się obejrzałam, jak minęły święta. Zresztą w tym roku nie udało mi się przeżyć ich we właściwy sposób i czuję w sercu wielki niedosyt.
No cóż, niektórym osobom Wielkanoc kojarzy się z wiosną, zielenią pierwszych listków, baziami, święconką w pięknie przystrojonym koszyczku, żółtymi kurczaczkami i pisankami na życzeniach świątecznych wysyłanych do rodziny i znajomych, a także suto zastawionym stołem, dyngusem i odpoczynkiem od codziennych obowiązków.
W naszej rodzinie też było to wszystko. Zabrakło mi tylko (albo aż) możliwości uczestniczenia w Triduum Paschalnym. Próbowałam nawet wybrać się z naszą 5-cio miesięczną córeczką do kościoła, ale nie dałyśmy rady. Było za dużo ludzi, za wiele różnych nieznanych dźwięków, za długo i za późno. Zuzia rozpłakała się zaraz na wstępie i musiałam się poddać. Wróciłam do domu smutna, bo dla mnie – osoby wierzącej i praktykującej – te 3 dni poprzedzające Święta Zmartwychwstania Pańskiego mają ogromne znaczenie. Pozwalają cieszyć się z ustanowienia Eucharystii i sakramentu kapłaństwa, przeżyć głębiej tajemnicę krzyża, oczekiwać na Jego zmartwychwstanie. Każdy symbol, gest, dźwięk, słowo pomaga człowiekowi zrozumieć to, czego rozumem pojąć się nie da. Trudno wejść w nastrój świąteczny pomijając całe to duchowe przygotowanie. Dlatego też jest mi tak jakoś pusto w środku i tęsknię już do uroczystości za rok. Może wtedy Zuzanka pozwoli mi chociaż trochę zanurzyć się w atmosferze Wielkiej Nocy.