Nauka pływania niemowląt

W sobotę wybraliśmy się z naszą naszą 5 miesięczną córeczką na specjalny basen dla maluchów. Szczerze mówiąc bardzo się bałam jak zareaguje Zuzia, no bo moczenie się w wannie to przecież zupełnie co innego, jak pływanie w basenie. Moje obawy wynikały też prawdopodobnie stąd, że sama nie umiem pływać i wręcz boję się wody. Poddałam się jednak namowom męża, któremu pomysł nauczenia naszego maleństwa poruszania się w wodzie, bardzo przypadł do gustu. Dowiedziałam się od koleżanek, gdzie mieści się taki basen i w drogę.
Na miejscu z pewną rezerwą i nieufnością zaczęłam badać teren. Wszystko było jednak czyściutkie, dostosowane do potrzeb maleńkich dzieci i ich rodziców, temperatura powietrza i wody odpowiednia, woda czyściutka z minimalną zawartością chloru, wszędzie kolorowe zabawki i światełka. Nie mogłam się naprawdę do niczego przyczepić. Pozostało więc przygotować Zuzię do kąpieli. Dumny tata wkroczył z córą w ramionach do zawierającego zaledwie 70 cm wody basenu. Zuzka w specjalnej pieluszce do pływania wyglądała słodko. Zrobiła duże oczy, otworzyła buzię i zaczęła rozglądać się na wszystkie strony. Było tam przecież tyle interesujących rzeczy. Na jej twarzy malowało się zdziwienie. Co ciekawe, ciałko w wodzie samo układało się do pływania a nóżki od razu zaczęły się poruszać.

Tak więc pierwsze spotkanie z „dużą” wodą udało się i mamy zamiar kontynuować ćwiczenia z instruktorem, który pomoże oswoić dziecko z wodą. Nie chodzi nam o zrobienie z małej wyczynowego pływaka, ale o zapewnienie jej prawidłowego rozwoju.
Gorąco polecam zwolennikom i przeciwnikom :)

Ząbkowanie

Zuzankę zaczynają już bolec dziąsła – strasznie się ślini, trze je wszystkim, co jej wpadnie w rączki i bardzo marudzi. Nasiliły się też ponownie kłopoty z ulewaniem pokarmu. Mała skończy w niedzielę 5 miesięcy, więc jest to mniej więcej czas, kiedy niemowlętom wyżynają się pierwsze ząbki. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ale żal mi patrzec na zwykle roześmianą buźkę, która teraz krzywi się i popłakuje. W czasie picia mleka z butelki, co chwilę przerywa i zawzięcie gryzie smoczek. Przestała też tak chętnie gaworzyc, co robiła ostatnio z wielkim upodobaniem. Brakuje nam rozsyłanych dotąd uśmiechów i ślicznego szczebiotania. Zuzia nie chce też bawic się swoimi grzechotkami, ani kontynuowac nauki przekręcania się z brzuszka na plecki i odwrotnie. Jest ogólnie rozdrażniona i widac, że źle się czuje.
Zapomniałam już jak długo to może potrwac, ale zdaje się, że ząbkowanie nie „przejdzie” tak szybko… No cóż, pozostaje nam uzbroic się w cierpliwośc i miec nadzieję, że po wszystkim nasza radosna córeczka znów będzie wesołą istotką.

Fachowa pomoc czy kpiny?

Ostatnio nie miałam czasu żeby usiąść do komputera a to za sprawą dodatkowych obowiązków jakie spadły na mnie  z powodu założenia gipsu na nogę syna. Nie dość, że nie pomagał w domu, co normalnie robi, to jeszcze ja musiałam pomagać jemu. Trzeba też było wozić go do szkoły na sprawdziany, żeby nie miał zbyt dużych zaległości. Po tygodniu pojechałam z nim do kontroli do poradni ortopedycznej z nadzieją, że zdejmą mu gips. Ku mojej i syna radości rzeczywiście gips został zdjęty, bo okazało się, że założono go niepotrzebnie… :(
Ortopeda bardzo się zdziwił oglądając zdjęcie rentgenowskie i nie stwierdził żadnego złamania ani nawet pęknięcia.
Do dziś pozostaje więc dla mnie zagadką, co zobaczył lekarz ( podobno ortopeda ), który przyjął Jacka na izbie przyjęć? Na delikatną sugestię męża, żeby może nie zakładać gipsu zareagował gwałtownie. Na powątpiewające pytania asystującej lekarki odpowiadał z wielkim przekonaniem.
Czy stwierdzenie złamania ze zdjęcia rtg powinno być problemem dla fachowca? Czy może zalecenie założenia gipsu nobilituje lekarza w oczach pacjenta? Nie mam pojęcia. Wiem jedno, cała ta historia utrudniła życie całej rodzinie.

Jak brat uczcił 18stkę siostry

Długo będziemy pamiętać 18ste urodziny Asi, naszej najstarszej córki. Przyczyną wcale nie jest stanie się przez nią pełnoletnią, ale okoliczności, jakie towarzyszyły temu świętu.
Jacek – jej młodszy brat wrócił tego dnia ze szkoły kulejąc. Powiedział tylko, że na WFie uderzył się w palec. Kazałam mu posmarować go żelem i ” zapomniałam” o sprawie. Wszyscy mieliśmy w głowie święto Aśki. Wieczorem jednak obejrzałam nogę i okazało się, że palec spuchł i zrobił się troszkę kolorowy. Stwierdziliśmy z mężem, że trzeba zrobić prześwietlenie i zamiast siedzieć przy uroczystej kolacji, pojechali do szpitala. Wrócili po ok. 2 godzinach. Jacek z nogą w gipsie w specjalnych jednorazowych, papierowych, ekstra spodenkach. Troszkę się załamałam, bo teraz mam w domu maleńkie dziecko i kuśtykającego szesnastolatka. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mój syn na WF nic nie robił. Uprosili swojego pana o luźną lekcję i część chłopaków grała w piłkę, a reszta im kibicowała. Jacek podbiegł tylko do materaca, na którym siedzieli koledzy i po drodze zahaczył nogą o drabinki…
Wynika z tego, że ” nic nierobienie” jest bardziej urazowe od ćwiczeń :(

Szczepienia

Wczoraj mieliśmy ciężkie popołudnie, bo Zuzia była na drugim szczepieniu i nie czuła się najlepiej. Pani doktor i pielęgniarka twierdziły, że te nowe szczepionki są rewelacyjne i dzieci potem raczej nie mają żadnych dolegliwości. No właśnie raczej. Nasza mała najwyraźniej należy do grupy nielicznych, które są wrażliwe i reagują ogólnym złym samopoczuciem.
Zuzka nie miała gorączki, ale bardzo marudziła i nie mogła zasnąć. Oczka miała już zupełnie maleńkie a wciąż popiskiwała. Gdy już nie mogła ze zmęczenia utrzymać powiek, zamykała je i po cichutku płakała, krzywiła się i co chwilę na nowo otwierała oczy. Trwało to całe popołudnie aż do późnego wieczora. Gdy wreszcie usnęła na dobre było już po 23. Na szczęście noc przespała spokojnie, a rano obudziła się w radosnym nastroju. Uff, odetchnęłam z ulgą.
Dziś tylko posmarowałam jej kilka razy miejsce po ukłuciu na nóżce i jest ok.

A propos smarowania – pielęgniarka zdradziła mi sposób na przyniesienie ulgi dziecku. Aby nie tworzył się obrzęk i miejsce szczepienia nie bolało, trzeba posmarować je Altacetem w żelu. Można przyłożyć gazik lub płatek kosmetyczny żeby nie pomoczyło się ubranko. Wypróbowałam i skutkuje.

Gorsza mama

Od dziś nasze maleństwo będzie dostawało tylko butelkę, bo mój pokarm niestety się skończył. Zuzia od 3 tygodnia była dokarmiana butelką. I tu już słyszę głosy: dlaczego, trzeba walczyć żeby utrzymać pokarm, mleko matki jest najlepsze dla dziecka…
Ja to wszystko wiem i chciałam karmić córkę piersią, podobnie jak starsze dzieci. Ale może nie byłam wystarczająco silna? Może za wcześnie przestraszyłam się że dziecko jest głodne? Może nie wytrzymałam bólu krwawiących brodawek? Jest wiele przyczyn, dla których Ty i ja zdecydowałyśmy się włączyć mleko modyfikowane do diety dziecka. Czy jesteśmy przez to gorszymi matkami?
Przyznam, że tak się często czułam i wstydziłam się, gdy ktoś pytał mnie o karmienie. No bo jak to? Przecież wiadomo, że dobra matka daje dziecku to, co najlepsze. Więc odpowiadałam głośno, że tak karmię piersią i po cichutku dodawałam, że dokarmiam butelką.
Ale czy tak powinno być? Kocham moje dziecko i chcę być jak najlepszą matką. Kto dał prawo innym do oceniania mnie?
Moje dziecko jest szczęśliwe, kochane przez całą rodzinę, wiecznie uśmiechnięte i rozwija się wspaniale. Ja jestem szczęśliwa patrząc na nie.
Tylko te nieznośne pytania: KARMISZ PIERSIĄ??

Ulewanie pokarmu

Od jakiegoś czasu mamy z Zuzią spory kłopot. Często i mocno ulewa jej się po jedzeniu. Wcale nie zaczęło się to na samym początku jej życia a gdzieś po 1,5 miesiąca. Ładnie i mocno jej się odbija i nic się wtedy nie dzieje a za chwilę jeszcze jedno malutkie odbicie…. i chluśnięcie pokarmu. Mamy już zabrudzony cały dywan, bo przeważnie część przelatuje przez pieluszkę na drugą stronę.
Od trzeciego tygodnia karmię Zuzię piersią i mlekiem modyfikowanym. Pani doktor zmieniła jej mleko na Bebilon Pepti 1 czyli preparat mlekozastępczy. Twierdziła, że to powinno małej pomóc, ale ja nie widzę żadnej różnicy. Troszkę się martwię, bo to trwa już bardzo długo. Jednego dnia jest w miarę dobrze, a drugiego widać, jak dziecko się męczy. Wczoraj mieliśmy znowu ciężki dzień. Zuzia nie mogła spać, budziła się po krótkich drzemkach, bo ulewało jej się nawet po długim czasie na leżąco. Częściej jadła, bo część pokarmu wylatywała z niej. Potem znów ulewała i tak w kółko.
Próbowaliśmy zmienić wodę na atestowaną – butelkową, ale to też nic nie pomogło. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że ten Bebilon po prostu jej nie służy? Ale przecież miał jej pomóc. Podobno innym dzieciom pomaga -  dolegliwości znikają, jak ręką odjął. Ale pediatra nie zgadza się na razie na zmianę. Mówi, że trzeba jeszcze poczekać. Już nie wiem, co mam robić…

Cierpnięcie rąk w ciąży i po porodzie

Wszystko zaczęło się w trzecim trymestrze ciąży. Najpierw tylko trochę cierpły mi ręce po nocy i to uczucie szybko mijało. Niestety z czasem było coraz gorzej i w końcu ból nie dawał mi spać. Budziłam się w środku nocy w ogóle nie czując palców, a całe ręce bolały okropnie. Nie dawało się ułożyć w żadnej pozycji, bo z jednej strony przeszkadzał spory brzuszek, a z drugiej obojętnie jak się położyłam ból i tak nie mijał. Jedynym wyjściem stało się siadanie a później już tylko wstawanie z łóżka. Tylko w pionie czułam się troszkę lepiej. Ale nie mogłam przecież ciągle snuć się po nocy. Leżałam więc czasem z otwartymi oczami a łzy z bólu kapały na poduszkę. Marzyłam żeby to się wreszcie skończyło. W dzień nie mogłam robić nic wymagającego dłuższego trzymania jakiegoś przedmiotu w jednej pozycji: pisać, szyć, prasować, obierać ziemniaki…
I wreszcie nadszedł upragniony dzień rozwiązania. Ale z tą chwilą nie skończyły się moje kłopoty. Na początku brak czucia w rękach dotkliwie dawał mi się we znaki. Ciężko mi było utrzymać Zuzię w czasie karmienia, bałam się ją brać na ręce żeby nie upuścić, a przebranie i zmiana pieluchy to dopiero było wyzwanie. Na szczęście pomagała mi cała rodzinka. Co jednak było niezmiernie dla mnie ważne – ból się skończył. Po pewnym czasie czucie powoli zaczęło wracać. Nasza córeczka skończyła już 4 miesiące, ale do dziś jeszcze zdarzają się chwile, że to nieprzyjemne wrażenie sztywnych palców powraca.
Podobne doświadczenie mam z czasów pierwszej ciąży i wtedy bardzo się denerwowałam, bo bałam się, że to nie przejdzie. Pamiętam nawet, że byłam u lekarza. Niestety nic mi nie pomógł, a co najgorsze nawet mnie nie uspokoił chociaż chyba wiedział, że takie dolegliwości się zdarzają. Teraz jestem spokojna, bo wiem, że to stan przejściowy i z czasem minie zupełnie.

Bioenergoterapia

Wczoraj odwiedziliśmy z Zuzią naszego znajomego bioenergoterapeutę. Mała co parę dni ma kłopoty z trawieniem: bardzo jej się ulewa – cały zjedzony pokarm chlusta z niej gwałtownie i wielokrotnie. Czasem miewa też wzdęcia, gazy i kłopoty z wypróżnianiem. Wynika to z niedojrzałości układu pokarmowego i przejdzie wraz z upływem czasu, ale nie możemy patrzeć bezczynnie, jak się dzieciątko męczy. Korzystamy z pomocy pewnego pana już od kilku lat i na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że to pomaga. Wiem, że zdania na ten temat są podzielone. Zależy po prostu kto na kogo w życiu trafił. Jest na pewno wielu oszustów i szarlatanów i dlatego trzeba uważać.
W mojej rodzinie ten człowiek zdziałał wiele dobrego. To nie jest cudotwórca, ale potrafi swoją energią wzmocnić i pobudzić do działania odpowiednie organy tak, że choroba ustępuje.
Pomógł na przykład mojemu bratankowi, który urodził się w 33 tygodniu ciąży i wg opinii lekarzy nigdy nie miał samodzielnie chodzić! W wieku 2 lat chłopiec zrobił pierwsze niepewne kroki. Dziś chodzi już samodzielnie do szkoły i chociaż nie jest tak sprawny, jak inne dzieci, to jednak nie jest zmuszony poruszać się na wózku inwalidzkim.
Miałam okazję również zobaczyć działanie i siłę tego człowieka na monitorach szpitalnych rejestrujących pracę serca. Gdy mój tato po zapaści walczył o życie i jego serce waliło, jak oszalałe, brat poprosił o pomoc „naszego” bioenergoterapeutę. W czasie krótkiej rozmowy telefonicznej, gdy skierował swoje siły na tatę, serce powoli zwalniało swój bieg i powracało do normy. Tata ostatecznie w tej walce przegrał, ale wiem, że ten człowiek może zdziałać wiele.
Wracając do Zuzi… i do jej kłopotów trawiennych. Wczoraj jeszcze w trakcie wizyty – wypróżnienie. Zaraz po powrocie do domu, kolejny raz i dziś rano jeszcze 2 razy. Tak jakby pod wpływem jego działania chciała oczyścić swój organizm. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni. Mam nadzieję, że poprawę.

Płacz

Kiedyś opowiadając o naszej małej Zuzi: że taka spokojna, nie płacze i dużo śpi, usłyszałam od koleżanki, że jej córka płakała bez przerwy i bez powodu!!! Nie mogę się zupełnie zgodzić z tym stwierdzeniem. Niemowlę nie płacze bez powodu. Nie jest tak wyrafinowane, żeby nam na złość, wyciskać łzy ze swoich maleńkich oczu. Chociaż muszę się przyznać, że gdy moje pierwsze dzieciątko przyszło na świat ( 18 lat temu ), też tak myślałam. Dziś widzę, że to nieprawda. Jeśli nauczymy się odczytywać mowę ciała maluszka i będziemy się starać wychodzić naprzeciw jego potrzebom, nie będzie miał powodów do płaczu. Przyczyny smutku i łez są zawsze takie same:
- uczucie głodu
- ból ( najczęstsze są kolki )
- mokra pielucha
- uczucie niewygody ( coś uwiera, uciska )
- zmęczenie ( gdy coś przeszkadza dziecku zasnąć )
- potrzeba odbicia po jedzeniu
- nuda ( starsze niemowlęta chcą, żeby się z nimi pobawić, pogaworzyć )
- potrzeba przytulenia się
- uczucie strachu
Może coś jeszcze ominęłam, ale te wydają mi się najważniejsze. Nie dajmy więc naszym dzieciom płakać, a starajmy się zrozumieć, czego w danym momencie potrzebują. Gdy zniknie przyczyna, znikną też łzy.