Rozwój mowy

     Obserwujemy z mężem Zuzię, podziwiamy jej rozwój i zastanawiamy, czy to my zmieniliśmy punkt widzenia, czy zapomnieliśmy już, jak to było naście lat temu, gdy nasze duże dzieci, były w wieku Zuzki…

Faktem jest, że to małe Stworzonko wprawia nas w zachwyt i podziw. We wrześniu skończyła 22 miesiące swojego życia. Od 2 miesięcy intensywnie rozwija mowę. Jeszcze w lipcu zaczęła łączyć po 2-3 wyrazy.Po powrocie z wakacji wprawiła w osłupienie kochaną nianię, gdy wypowiedziała swoje pierwsze dłuższe zdanie: „Maju, Basiu chodźcie na obiad!”. Potem szło już jak po maśle. Ciągle słychać jej wdzięczny głosik i wołanie: „Mamusiu, chodź tu, usiądź koło Zuzi”; „Mamusiu, ja chce babacić (zobaczyć) pieska”.

 

Nieoczekiwanie zaczęła odmieniać wyrazy i stosować różne czasy „Zuzia jechała z tatusiem i z Nianiką”; „Ja zjadłam bakusia”; „Widziałam kotka”; „Chcę iść z mamusią na spacer”.

Pewnego dnia kulałyśmy się razem na tapczanie. W pewnym momencie Zuzia złapała mnie za koszulkę, pociągnęła i zajrzała za dekolt. Nie odezwałam się i czekałam, co będzie dalej. Mała patrzyła, pomyślała chwilkę i mówi: „Mamusiu, mleczko tu jest”. Zatkało mnie i rozbawiło to stwierdzenie. Musiała gdzieś widzieć karmiącą mamę. Może rozmawiały o tym z nianią.

Kiedy indziej po raz pierwszy wyznała miłość swojej ukochanej siostrzyczce. Podbiegła do niej, przytuliła się mocno, zarzuciła jej rączki na szyję i powiedziała: ” Kocham Cię Nianiko”. Karolinka bardzo się wzruszyła. Mnie też zrobiło się ciepło na sercu. Takie wyznanie w ustach dwulatka robi wrażenie. Każdym słowem i każdym gestem pokazała swoją miłość.

Ostatnio ulubionym zajęciem Zuzanki jest czytanie książeczek. Polega to na samodzielnym oglądaniu bajki i opowiadaniu, co widać na obrazkach. Czasem potrafi spędzić w taki sposób nawet godzinę. Zadziwia mnie swoją spostrzegawczością i umiejętnością przekazania niewielkim jeszcze zasobem słów, wszystkich historyjek. Czasem bawi się też w „co to?”. Pokazuje paluszkiem przedmioty na obrazku i zamęcza swego towarzysza pytaniami. Co jakiś czas usiłuje przytulić jakieś ulubione zwierzątko z książeczki. Robi to komicznie, ale z wielkim uczuciem. Robi wtedy z ust kaczorka, przyciska mocno do siebie książeczkę i przytula, jakby trzymała tam misia czy lalę.

 

Dzisiaj zaskoczyła nas kolejny raz. Nuciła sobie pod nosem jakąś melodyjkę, gdy przygotowywaliśmy sobie niedzielną kawkę.
Nie chcąc przerywać jej melodii, zaśpiewałam jej, żeby poszła do Jacka i zaśpiewała mu:”Chodź na placuszek Jacusiu”. Nie spodziewałam się jednak, że to zrobi. A Zuzia pobiegła do brata i odśpiewała mu dokładnie o co ją prosiłam.

Serce mi rośnie i jestem z niej dumna.

Klosiek

Jak nauczyć dziecko przyjmowania lekarstw?

     Na dworze zrobiło się zimno, w mieszkaniach też jest już chłodno. Dziś powiesili nam na klatce ogłoszenie, że ogrzewanie zostanie włączone w dniu 10.09. Z nadzieją więc sprawdzałam co jakiś czas kaloryfery, ale jakoś nie chcą zrobić się ani odrobinę cieplejsze.

Zuzi wystarczyło jedno spotkanie z przeziębionymi kuzynkami i złapała wirusa. Generalnie można by rzec – nic wielkiego, zwyczajny katar.
Problem w tym, że ona jeszcze ciągle nie umie wydmuchać noska. Posługuję się więc Fridą i oczyszczam jej nosek, jak często się da. Mała strasznie tego nie lubi, ale nie ma wyjścia. Jakoś ją przytrzymuję i „operacja się udaje”.
Najgorsza była pierwsza noc, którą spędziła prawie na siedząco, wsparta na mnie. W pozycji poziomej od razu dusiła się i budziła z wielkim płaczem. Nie spaliśmy prawie całą noc.
Prawdziwa tragedia jest z syropem, który zapisał pan doktor. Miała dostawać go 3 razy dziennie, ale w żaden sposób nie udaje mi się jej do tego namówić. Próbowałam skusić ją czekoladą, przygotowałam do popicia wodę z soczkiem, dałam w kieliszku do samodzielnego wypicia – wszystko na nic.

Przypominam sobie, że mama zatykała mi nos i gdy otwierałam usta, wlewała w nie lekarstwo. To samo doradziła mi teściowa. Taki sposób działa być może u niektórych (spokojnych) dzieci, ale nie w przypadku Zuzi. Nasza córeczka dostaje wtedy szału. Zaczyna się rzucać, krzyczeć, płakać i wypluwa wszystko. Po jednej takiej akcji, zrezygnowałam. Boję się, że mała się zakrztusi i zrobi sobie krzywdę. Wciąż w pamięci mam Ewę Błaszczyk i jej małą Olę, która zakrztusiła się lekarstwem.

Nie wiem, co mam zrobić, żeby przekonać Zuzię. Dodam, że syrop, który dostała naprawdę nie jest aż taki straszny. Smakowałam go osobiście i pokazywałam Zuzance, że też go piję. Mała pomyślała sobie pewnie, że jak mi smakuje, to mogę go sobie wypić… Jest bardzo szczera i chętnie się dzieli :)

Może ktoś zna jakiś dobry i bezpieczny sposób na podanie leku małemu dziecku? Obawiam się, że jak szybko czegoś nie wymyślimy, to skończy się na antybiotyku (oczywiście w zastrzykach).

Klosiek

Zwariowane tempo życia

     Nareszcie weekend!
Ale zaraz przecież dopiero była niedziela?

Dzień za dniem mija tak szybko, że nawet tego nie zauważamy. Jesteśmy w ciągłym pędzie, wciąż gdzieś gonimy i coś załatwiamy. Narzekamy wiecznie na brak czasu i to prawda. Życie zmusza nas do nieustannego pośpiechu.

Właściwie po co tak się spieszymy? Zaczynamy gubić się w tym wszystkim i tracimy z oczu to, co najważniejsze. Jesteśmy zestresowani, mamy problemy ze snem, bóle głowy, kręgosłupa, dolegliwości żołądkowe… Zastanawiamy się od czego? Dochodzimy do wniosku, że to nic takiego, to tylko nerwy.

Ale to nie TYLKO nerwy. Nasz układ nerwowy jest napięty do granic możliwości. Widać to na każdym kroku: w pracy, na ulicy, w sklepie, w domu.

Dziś wracając do domu z Zuzią byłam świadkiem niezbyt pochlebnego zachowania na drodze.
Kierowca jadący samochodem przede mną bardzo się spieszył i nie mógł wytrzymać powolnej jazdy motocyklisty, więc zatrombił. Ten wskazywał, że chce skręcić w prawo, ale najwyraźniej się przestraszył, bo dosyć gwałtownie skręcił w lewo, jakby chciał przepuścić auto. Tego już nerwowemu kierowcy auta było za wiele i zaczął gwałtownie wymachiwać rękami. Po czym wykonał ostry skręt w lewo, ominął motocyklistę i …pojechał szybko dalej? NIE
Zajechał człowiekowi na motorze drogę (nie był to Harleyowiec) i gwałtownie przyhamował. Żeby nie wpaść na nich obu, musiałam zrobić to samo. Zrobiło mi się gorąco. Na szczęście na tym się cała akcja skończyła, przynajmniej dla mnie. Obaj skręcili w tę samą drogę, ale wolę się nie domyślać dalszego ciągu.

W pracy jest jeszcze ciągle okres urlopowy, więc musimy się zastępować. Zwykłych, codziennych obowiązków jest aż nadto, a tu trzeba jeszcze wykonać pracę za kolegę wypoczywającego sobie gdzieś na łonie natury. W każdym dziale jest podobnie, więc znów wszyscy chodzą podminowani i o kłopoty nietrudno.

W domu, niby wszystko gra. Tylko, że wykończony organizm nie ma już siły na nic. Czasem i w rodzinnym gniazdku dochodzi do kłótni.

Zwariowane tempo życia nie prowadzi nas do niczego dobrego. Za czym tak gonimy? Za pieniędzmi, karierą, sławą?
Wydaje nam się, że tak musimy, że to konieczne, dla dzieci, dla rodziny…
A jednak nasze życie przemija, dzieci rosną i nikt nam nie wróci chwili, która właśnie minęła. Czy kiedyś nie będziemy jej żałować? Może trzeba było wykorzystać ją inaczej – na odpoczynek, na sen, na własny rozwój, na bliższy kontakt z własnym dzieckiem, po prostu na miłość?

Klosiek

Samodzielność jest trudna

     Nadszedł czas, kiedy Zuzia wszystko chce robić sama. Jest to oznaką rozwoju dziecka i cieszymy się, że tak jest. Jednak codziennie zdarzają się trudne chwile zarówno dla naszej córeczki, jak i dla nas – jej rodziców. Dzieje się tak dlatego, że chęci na razie przewyższają umiejętności.

Zuzia chce się np. położyć na podłodze na małym kocyku w kaczuszki. Niesforny kocyk zagina się, przesuwa i kaczuszki wciąż gdzieś znikają. Mała nie potrafi sobie z nim poradzić, ale odrzuca pomoc mamy, bo przecież „Zuzia ama”. Po kilku samodzielnych próbach zaczyna płakać. Chcę jej dyskretnie pomóc, ale niestety to zauważa i płacz jeszcze się nasila. Wpada w złość. Jest mi jej żal, bo rozumiem jej frustrację i bezsilność.

Na obiad jest zupa jarzynowa, którą Zuzka uwielbia. W talerzu pływają kawałki marchewki, fasolki, kalafiora, kulki groszku…
Próbujemy jeść ładnie, łyżką. Wiadomo, część zupki rozlewa się na brodzie, spływa po krzywo trzymanej łyżce. Wreszcie Zuzia zniechęca się. Oddaje łyżkę mamie, a sama zaczyna łowić jarzyny paluszkami. Nie zabraniam jej. Robi to z wielkim apetytem i radością, że może sama wkładać jedzenie do buzi.

Do dziś pamiętam, jak nasz 17-nasto letni syn, będąc w wieku Zuzi usiłował ładnie złożyć foliowy woreczek. Biedak nie wiedział, że raz rozłożony worek nie da się złożyć idealnie. Męczył się z nim bardzo długo i żadna próba nie była w stanie go usatysfakcjonować. Nawet tata nie dał rady złożyć upartego worka tak, jak tego oczekiwał Jacek. Chłopczyk dostał wtedy prawdziwej furii. Ciężko było go uspokoić.

 

Rok i 9 miesięcy (tyle ma obecnie Zuzia) to tak niewiele i zarazem już tak dużo. Zanim nauczy się prawdziwej samodzielności upłynie jeszcze dużo czasu. Początki są trudne, ale poradzimy sobie. Będziemy wszystkiego uczyć się razem.

Radość dziecka

     Patrzę na nasze uśmiechnięte Słonko i zastanawiam się, jak to jest, że w takim małym człowieku mieści się tyle radości. Przeważnie to uczucie maleje wprost proporcjonalnie do wzrostu i w miarę dorastania. Rzadko się zdarza, żeby dorośli cieszyli się ze wszystkiego, a jak już ktoś taki się zdarza to patrzymy na niego z politowaniem i myślimy sobie – „wariat”. A przecież radość jest piękna, dodaje skrzydeł i wnosi tyle świeżości w nasze zwyczajne, monotonne życie.

 

Czasem myślę sobie, że Zuzia zjawiła się na tym świecie, żeby znów nauczyć nas cieszyć się. Przyglądam się jej więc, podziwiam i próbuję, ale nie zawsze wychodzi. Okazuje się, że to trudna sztuka.

Małe dziecko dostrzega tyle rzeczy, które są zupełnie nowe, cieszą, sprawiają, że buzia otwiera się szeroko, a w oczach pojawiają się iskierki.
Zuzia biega na przykład po trawie i widzi kwiatki. Podbiega do nich, nachyla się, żeby je powąchać… zwykła rzecz, ale nie dla niej. To wystarczy, żeby na buzi pojawił się jeden z najpiękniejszych uśmiechów.

 

Albo próbuje postawić jeden klocek na drugim. Bardzo się stara i odmawia pomocy mówiąc – „ama” (sama). Po chwili klocek wreszcie staje na właściwym miejscu. Chwalę ją, a ona aż piszczy z radości i oznajmia głośno – „udało”.
Jedziemy samochodem i z oddali widać zbliżającą się do nas koparkę. Zuzka o mało nie wyskoczy z fotelika, tak podskakuje i wręcz krzyczy – „papaka, papaka”, co ma oczywiście oznaczać koparka.

I jak tu się z nią nie cieszyć? Uśmiecham się do niej i do swoich myśli. A za chwilę mijamy stadko gołębi. I znów Zuzia mnie zaskakuje. Macha do nich rączką i woła – „ptaszki pa pa” :)
Oby była taka wesoła jak najdłużej.

 

Klosiek

Wspomnienia z wakacji

     Wróciłam z urlopu, wróciłam do pracy i wróciłam do pisania żaba.Sama zdziwiłam się, że nie zaglądałam tu ponad miesiąc. Czas biegnie tak szybko, że ciągle nie nadążam z wszystkimi obowiązkami i planami.
Najważniejsze jednak, że wakacje w tym roku udały nam się świetnie. Pogoda była aż zbyt piękna: słońce grzało niemiłosiernie i momentami zastanawiałam się po co ludzie jadą za granicę, skoro u nas zrobiły się również tropiki. Oczywiście żartuję. Fajnie jest zwiedzać świat. Może my też kiedyś wybierzemy się z Zuzią zobaczyć palmy, zjeść prawdziwe cytrusy i wykąpać się w innym morzu niż Bałtyk.
Wracając do tematu… byliśmy na Kaszubach i mieszkaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym. Mieliśmy tam dużo miejsca do biegania, gry w piłkę i wszelkich zabaw.

 

Codziennie jeździliśmy nad morze w inne miejsce. Wygrzewaliśmy się  w Karwii, Dębkach, Władysławowie i w Pucku. Zuzanka dobrze znosiła upały i podróże. Przeważnie ucinała sobie drzemkę w drodze. Potem uśmiechnięta i pełna sił bawiła się na plaży.

 
 

Gdy już mieliśmy dosyć leżenia na piachu i kąpieli, a żołądki zaczynały dopominać się strawy, pakowaliśmy sprzęt i wyruszaliśmy na poszukiwanie jakiegoś miłego miejsca do chwili odpoczynku i zjedzenia czegoś dobrego. Zuzia nie przepuściła żadnej dostępnej zabawce, czy automatycznej bujawce. Na szczęście jeszcze nie wiedziała, że trzeba wrzucić do dziurki pieniążek i zadowalała się po prostu siadaniem na wszelkich słoniach, smokach, konikach itp.

  

Po powrocie do naszej bazy, używaliśmy sobie bawiąc się na świeżej zielonej trawce.

 

Słowem wypoczywaliśmy na całego. Lato, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej :) .

Klosiek

Trudny czas

     Mamy za sobą trudny okres.
Dni wypełnione strachem o życie kochanego dziecka, noce pełne czających się groźnych myśli, bezsenne godziny, modlitwa.

Wciąż patrzę na to wszystko z niedowierzaniem. Jak to się mogło stać w naszej rodzinie? Przecież jesteśmy szczęśliwi, kochamy się, jest nam razem dobrze. Wydawało mi się, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach, w rodzinach zagrożonych, patologicznych… A może ja po prostu coś przeoczyłam, nie zauważyłam, że dzieje się coś złego, coś zaniedbałam???

Najgorsza w tym wszystkim jest bezsilność. Bardzo bolesna jest świadomość, że żadne argumenty nie docierają. Ukochane dziecko nagle odsuwa się, oddala, robi przerażające rzeczy. Okazuje się w jednej chwili, że nic nie wiesz o młodej osobie mieszkającej z Tobą pod jednym dachem od kilkunastu lat.

Wierzę, że to minie i nigdy już nie wróci. Wierzę, że te doświadczenia wzmocnią nas i pozwolą nam przetrwać każdą burzę. Więcej na razie nie mogę, a właściwie nie chcę pisać. Powiem tylko jedno słowo: DEPRESJA :(

Klosiek

Słowniczek Zuzi

     Nasza 1,5 roczna córeczka coraz sprawniej posługuje się mową. Od pewnego czasu stara się powtarzać każde, nawet trudne wyrazy. Wychodzą z tego czasem bardzo śmieszne „słowotworki”. Generalnie podstawą wszystkich wyrazów są sylaby  -ba, -ma, -da, -ka.
Aż trudno uwierzyć, jak to małe dziecko szybko się rozwija i w lot chwyta wszystkie nowości. To, czego nie potrafi jeszcze powiedzieć, stara się nam pokazać. Najgorsze, gdy mimo jej wysiłków, nie rozumiemy, o co chodzi. Wywołuje to ogromny stres, napięcie, prowadzi do złości i płaczu.
Dlatego też staramy się bardzo uważnie słuchać, co do nas mówi.

Nasuwa się pytanie dlaczego nie słuchamy się tak uważnie w dorosłym życiu? Wiele kłopotów, czy nieporozumień rodzi się właśnie z braku umiejętności słuchania.

A oto kilka słów ze słowniczka Zuzanki:

  • tatuś
  • mamuś – a
  • Nininia – Karolinka
  • Jaja – Jacek
  • Mila -Kamila
  • Aś- Asia
  • niunia – nóżka (wypowiada się o swoich nóżkach z ogromną czułością)
  • babaśka – kiełbaska
  • papaka – koparka
  • auto
  • bapa – bozia
  • baba – babcia
  • bada – woda
  • dziadziuś
  • mniam – mniam

Macierzyństwo. Blaski i cienie.

     Czasem przychodzi taki czas,że człowiek zastanawia się nad życiem, powołaniem, rolą jaką pełni w rodzinie, czy społeczeństwie. Ponieważ jestem w szczególnej sytuacji rodzinnej, gdzie dorastające dzieci zaraz wyfruną z gniazda a Maleńka dopiero z upodobaniem ćwiczy pierwsze słowa, więc do głowy cisną mi się przeróżne myśli i refleksje dotyczące macierzyństwa.

Jaka jest moja miłość? Jakie jest moje macierzyństwo?

Miłość do dziecka (zarówno tego małego, jak i największego), była jest i będzie wielka. I chociaż życie nie jest usłane różami i czasem wyciska łzy z oczu, to jednak nie można nie kochać człowieka, którego nosiło się kiedyś pod sercem. Chociaż patrząc wstecz widzę błędy,których nie da się już naprawić, to słowa „kocham Cię mamo” leczą i dają pewność, że będzie dobrze, że poradzimy sobie z najgorszymi problemami, że uda nam się przejść szczęśliwie przez burzliwy okres dojrzewania.
Trudności, choroby, przeciwności losu są nieodłączną częścią naszego życia, ale nie możemy się poddać.
Ja, matka czwórki wspaniałych dzieci, nie mogę się poddać. Będę walczyć o ich zdrowie i szczęście. Pragnę, żeby były wartościowymi,dobrymi i mądrymi ludźmi.

Każdy ich sukces jest moim sukcesem. Każdy ich problem jest moim problemem. Każdy promienny uśmiech sprawia, że serce topnieje i radość wypełnia mi serce. Każda łza bólu, bezsilności, porażki, czy bezradności rani, ale też motywuje do działania, do szukania rozwiązania, do polepszenia sytuacji.

Miłość i macierzyństwo to piękne i bliskie sobie słowa. Nie ma pełnej miłości bez macierzyństwa, ale też nie może być macierzyństwa bez miłości.

masz problem -> zadaj mi pytanie -> kliknij tutaj

Klosiek

Zapalenie ucha

     Postanowiłam poświęcić temu tematowi jeszcze parę chwil, bo doszłam do wniosku, że to wyjątkowo paskudna i bolesna przypadłość. Na dodatek, gdy przytrafia się całkiem małemu dziecku, jakim jest Zuzia, to trudno ją zdiagnozować.

Zapalenie ucha zaczyna się niepostrzeżenie i wcale nie zdajemy sobie sprawy, że dziecko jest już chore.
W naszym przypadku pierwszym sygnałem był niepokój Zuzki podczas osuszania uszu po wieczornej kąpieli. Mała odwracała główkę, jakby chciała osłonić najwyraźniej bolące już uszy. Dotąd nigdy tego nie robiła.

Atak bólu przychodzi znienacka i w najmniej spodziewanym momencie.
Zuzia całą noc spała spokojnie. Do południa bawiła się wesoło i jak zwykle robiła wiele zamieszania. Po drzemce wyszliśmy na spacer. Nasza Kruszynka goniła ptaszki chcąc za wszelką cenę złapać któregoś w małą rączkę, huśtała się z mamą na huśtawce, zjeżdżała z tatą na zjeżdżalni. Humor dopisywał jej przez cały czas. Po powrocie, w czasie jedzenia deserku, nagle zaczęła strasznie krzyczeć i rzucać się. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Dziecko szlochało i aż dusiło się od płaczu. Próby uspokojenia nie przyniosły żadnego rezultatu. Nie przyszło nam nawet do głowy, że to silny ból wywołał taką reakcję.

Szybka pomoc, czyli podanie środka przeciwbólowego.
I tu znów w naszym przypadku na szybką pomoc musieliśmy długo czekać. Opisałam to w notce „Tragiczny kwiecień”.

Leczenie trwa długo i co najważniejsze trzeba dopilnować, aby zapalenie ucha zostało wyleczone całkowicie. W przeciwnym razie „lubi” się odnawiać.
Z leczeniem też jest problem, bo zastrzyki są bardzo bolesne, a antybiotyk doustny jest okropnie gorzki. Zuzia nie chce przyjmować doustnie żadnych leków. Nie pomagają sztuczki w rodzaju podania wcześniej kawałeczka czekolady, ptasiego mleczka, czy innego rarytasu. Uparła się i wypluwa wszystko, pręży się cała, zaciska usta i daje nam do zrozumienia, że mamy sami poczęstować się tym paskudztwem.
Ponieważ baliśmy się, że się zakrztusi, więc musiała dostać serię zastrzyków (7 dni, 2 razy dziennie). Pupa jest maleńka więc i miejsce, w które można się wkłuć jest bardzo ograniczone. Pod koniec miała już siniaki, zrosty i lekarstwo wcale nie chciało wchodzić przez igłę. Ostatni zastrzyk – pielęgniarka musiała kłuć ją trzykrotnie.

Bardzo ważna informacja, o której chyba nie wszyscy pediatrzy wiedzą: laryngologiczne dawki leku powinny być większe niż to się normalnie stosuje w stosunku do wagi ciała.
Niestety my znów dowiedzieliśmy się o tym po fakcie. Laryngolog w szpitalu dziecięcym, do którego zostaliśmy wysłani na konsultację stwierdził tylko zapalenie uszu, zasugerował nazwę leku, który powinien zostać podany i odesłał nas do pediatry. Zuzia otrzymała za małą dawkę leku i przez 5 dni poprawa była bardzo niewielka. Dopiero na wizycie kontrolnej dawka została zwiększona. W związku z tym do dziś jeszcze jedno ucho nie jest całkiem zdrowe. Jutro idę z Małą na kolejną kontrolę i okaże się, jak wygląda sytuacja. Mam jednak obawy, że wciąż nie jest dobrze. Zuzia co kilka dni patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, mówi „nie, nie, nie…” i dotyka prawego uszka. Domyślam się, że jeszcze ją trochę boli i dziecko boi się bólu, który dobrze pamięta.

Oby nie musiała już więcej cierpieć z powodu bólu ucha. Jest jeszcze taka maleńka. Najgorsze, co może być dla matki, to patrzenie na cierpienie własnego niewinnego dziecka :(

Klosiek