Kwiecień 2010 roku pozostanie na zawsze w pamięci wszystkich Polaków. Zostanie wpisany w naszą historię jako miesiąc tragedii narodowej. Dla naszej rodziny dodatkowo czas ten będzie się wiązał ze strachem o Zuzię, jej fizycznym bólem i cierpieniem naszych serc.
11 kwietnia, piękna słoneczna niedziela, której radość zakłócają wiszące w oknach biało czerwone flagi z czarnymi kirami oraz tragiczne wiadomości nieustannie płynące ze wszystkich kanałów. Śmierć Prezydenckiej Pary, szok, niedowierzanie, przerażenie to wszystko stało się już faktem. Tylko mała nieświadoma niczego Zuzka biega radośnie po mieszkaniu, wydając wesołe okrzyki, bawi się swoimi zabawkami i próbuje wymówić słowo „flaga”. Tylko ona pozwala nam uśmiechać się i zapomnieć choć na chwilę o tym, co się stało.
Aż tu nagle, w momencie, gdy rusza karawan z przywiezioną właśnie do Polski trumną zmarłego prezydenta, nasza dziecina siedząca na moich kolanach zaczyna strasznie krzyczeć, szlochać, rzucać się… Łzy bólu płyną po jej policzkach, dusi się, nie może złapać tchu, wymiotuje. Jesteśmy przerażeni. Nie mamy pojęcia, co się dzieje i jak jej pomóc. Przytulam ją do siebie, całuję, uspokajam, odwracam główką w dół (może się zakrztusiła?), poklepuję po pleckach. Wszystko na nic. Dziecko jest całe spocone, zapłakane, na zmianę czerwone i sine. Dzwonimy po pogotowie. Zuzia powoli się uspokaja. Odzyskuje miarowy oddech. W tle słychać żałobny marsz.
Przedstawiciel pogotowia nic nie mówiąc wpisuje w kartę bezdech i zabiera nas do szpitala. Zuzia zmęczona płaczem po drodze zasypia a ja myślę z niepokojem, co to było, co jej dolega?
Przyjazd do szpitala niestety nie równa się szybka pomoc. Spędzamy tam prawie 4 godziny. Lekarz dyżurny stwierdza, że dziecko jest w ogólnie dobrym stanie i może czekać w kolejce. Czekamy więc. Mija około godzina, gdy ból powraca i Zuzia robi się niespokojna, zaczyna płakać, marudzić. Na szczęście mamy w kolejce są bardziej czułe od lekarzy. Przepuszczają nas w momencie, gdy pani doktor stwierdza, że skoro dziecko tak marudzi, to je przyjmie. Wchodzimy do gabinetu i lekarka czyta zgłoszenie z pogotowia: BEZDECH. Trzeba dziecko zostawić w szpitalu… i zaczyna się tłumaczenie, że to nie bezdech, opowiadanie wszystkiego od początku. Wreszcie definitywnie stwierdzamy z mężem, że nie wyrażamy zgody na szpital. Podpisujemy jakieś oświadczenie, a dziecko wciąż czeka i płacze. Badanie ogólne nic nie wykazuje. Pokazuję pani, że córeczka łapie się za uszko. Hm, to może być zapalenie ucha. Kieruje nas do laryngologa w sąsiednim budynku. Tam znów czekanie, zaciskanie zębów, żeby za dużo nie powiedzieć i nie narazić Zuzi na dodatkowe cierpienia. Wreszcie diagnoza: obustronne zapalenie uszu. Zalecam lek… Proszę z tą kartą wrócić do lekarza pediatry. Mamy już dość. Zuzka jest tak zmęczona, że gdy na chwilę zatrzymuję się, jej główka sama opada i oczy zamykają się. Niestety nie może zasnąć, bo znów wchodzimy do gabinetu. No tak, zapalenie uszu. Tak myślałam. Co pani doktor zaleciła? Musimy małą zważyć. Stawiamy nieprzytomną ze zmęczenia Zuzię na starej wadze z odważnikami. Proszę jej nie trzymać, musi na chwilkę stanąć sama. Zuzia boi się, znów krzyczy, nie chce mnie puścić. Wreszcie udaje się ustawić prawidłowo odważniki. Pani doktor przelicza dawkę leku i przekonuje nas, że lepiej by było gdyby została w szpitalu. Nie zgadzamy się. Będzie pani musiała 2 razy dziennie jeździć na zastrzyki. Trudno, będę jeździć. Nie jestem pewna tej wagi… zważmy ją jeszcze raz na drugiej wadze. W tym momencie zdejmuje pokrowiec z wagi dla niemowląt. Widzę, jak mój mąż powstrzymuje się, żeby nie wybuchnąć. Sadzamy córeczkę na drugiej wadze. Uspokojona lekarka wypisuje recepty, drukuje opis choroby i jakieś dokumenty. Każe nam się podpisać. Na koniec dochodzi do wniosku,że dziecko może mieć temperaturę. Wręcza mi termometr i poleca zmierzyć w sąsiednim gabinecie. Zuzia broni się jak może przed włożeniem jej czegoś pod pachę. Tatuś stara się ją jakoś zabawić, ja trzymam mocno rączkę, żeby termometr nie wypadł. Wreszcie słychać pikanie. Temperatura 37,03. Odnoszę termometr, ale pani doktor nie jest zadowolona. Spogląda z niedowierzaniem, włącza termometr jeszcze raz i poleca ponowić mierzenie. Cała historia powtarza się od początku. Skoro nie ma gorączki to dobrze, stwierdza wreszcie. Woła pielęgniarkę i każe podać dziecku środek przeciwbólowy. Znów wracamy do gabinetu. Właśnie minęły jakieś 3 godziny odkąd się tam pojawiliśmy. Siadamy z Zuzią w poczekalni i maleńka przytulona do mojej piersi może wreszcie na chwilę zasnąć.
Mąż wyprowadzony całkowicie z równowagi pojechał właśnie do apteki po lek, który ma dostać Zuzia. Gdy wraca, córeczka jeszcze śpi. Idziemy z nią do gabinetu. Delikatnie układam ją na kozetce, rozbieram i słyszę, że trzeba ją obudzić, bo to niebezpieczne robić zastrzyk na śpiąco. Pewnie pielęgniarka ma rację. Całuję więc Zuzię i staram się żeby się nie przestraszyła. Pielęgniarka wydaje nam instrukcję: proszę ją trzymać tu i tu. Zastrzyk jest bolesny. Cała aż cierpnę. Biedne maleństwo tyle już dziś wycierpiało.
Wreszcie jest po wszystkim i uspokojona Zuzka siada z nami w poczekalni. Najwyraźniej po czopku ból uszu minął, bo zaczyna interesować się obrazkami na ścianach i leżącymi zabawkami. Bierze w rączki mimi (misia) i opowiada nam po swojemu, co widzi. Musimy czekać jeszcze jakiś czas, bo lekarstwo to pochodna penicyliny i może wywołać wstrząs.
Wreszcie po 4 godzinach wykończeni wracamy do domu. Przybiegają do nas zmartwione starsze dzieci i czule witają się z małą siostrzyczką. Dobrze, że już jesteście mówią.
A z TV dalej płyną smutne dźwięki, obrazy rozbitego samolotu, morze zniczy i kwiatów przed pałacem prezydenckim i mnóstwo ludzi chcących oddać hołd zmarłym.
Klosiek