A matura tuż, tuż

     Aż nie chce się wierzyć, że nasza najstarsza Latorośl już we wtorek zaczyna pisać swój egzamin dojrzałości. I tu nachodzą mnie refleksje o przemijaniu. No bo jak to możliwe, że to maleńkie, dopiero co urodzone Dzieciątko jest już dorosłą kobietą? Jeszcze wczoraj była taka krucha i bezradna, całkowicie od nas zależna, a dziś sama podejmuje życiowe decyzje, doskonale sobie radzi i tak naprawdę wcale nas nie potrzebuje.
A matura, no cóż, była, jest i będzie wielkim stresem dla młodego człowieka i jego rodziców. Tak więc Asia zasiądzie do pisania w szkole a ja będę fizycznie w pracy, ale myślami i duchem będę przy niej. Wyślę jej mojego Anioła, żeby jej strzegł. Wierzę, że wszystko pójdzie dobrze i już za miesiąc będziemy tylko wspominać to wydarzenie.
Życzę Ci Córeczko, żeby Ci się łatwo pisało, żeby Twój umysł był jasny i żebyś potrafiła „sprzedać” całą swoją wiedzę. A teraz już się zrelaksuj.

Będzie dobrze :)

Trzymamy kciuki za wszystkich maturzystów.

Klosiek

Tragiczny kwiecień

     Kwiecień 2010 roku pozostanie na zawsze w pamięci wszystkich Polaków. Zostanie wpisany w naszą historię jako miesiąc tragedii narodowej. Dla naszej rodziny dodatkowo czas ten będzie się wiązał ze strachem o Zuzię, jej fizycznym bólem i cierpieniem naszych serc.
11 kwietnia, piękna słoneczna niedziela, której radość zakłócają wiszące w oknach biało czerwone flagi z czarnymi kirami oraz tragiczne wiadomości nieustannie płynące ze wszystkich kanałów. Śmierć Prezydenckiej Pary, szok, niedowierzanie, przerażenie to wszystko stało się już faktem. Tylko mała nieświadoma niczego Zuzka biega radośnie po mieszkaniu, wydając wesołe okrzyki, bawi się swoimi zabawkami i próbuje wymówić słowo „flaga”. Tylko ona pozwala nam uśmiechać się i zapomnieć choć na chwilę o tym, co się stało.
Aż tu nagle, w momencie, gdy rusza karawan z przywiezioną właśnie do Polski trumną zmarłego prezydenta, nasza dziecina siedząca na moich kolanach zaczyna strasznie krzyczeć, szlochać, rzucać się… Łzy bólu płyną po jej policzkach, dusi się, nie może złapać tchu, wymiotuje. Jesteśmy przerażeni. Nie mamy pojęcia, co się dzieje i jak jej pomóc. Przytulam ją do siebie, całuję, uspokajam, odwracam główką w dół (może się zakrztusiła?), poklepuję po pleckach. Wszystko na nic. Dziecko jest całe spocone, zapłakane, na zmianę czerwone i sine. Dzwonimy po pogotowie. Zuzia powoli się uspokaja. Odzyskuje miarowy oddech. W tle słychać żałobny marsz.
Przedstawiciel pogotowia nic nie mówiąc wpisuje w kartę bezdech i zabiera nas do szpitala. Zuzia zmęczona płaczem po drodze zasypia a ja myślę z niepokojem, co to było, co jej dolega?
Przyjazd do szpitala niestety nie równa się szybka pomoc. Spędzamy tam prawie 4 godziny. Lekarz dyżurny stwierdza, że dziecko jest w ogólnie dobrym stanie i może czekać w kolejce. Czekamy więc. Mija około godzina, gdy ból powraca i Zuzia robi się niespokojna, zaczyna płakać, marudzić. Na szczęście mamy w kolejce są bardziej czułe od lekarzy. Przepuszczają nas w momencie, gdy pani doktor stwierdza, że skoro dziecko tak marudzi, to je przyjmie. Wchodzimy do gabinetu i lekarka czyta zgłoszenie z pogotowia: BEZDECH. Trzeba dziecko zostawić w szpitalu… i zaczyna się tłumaczenie, że to nie bezdech, opowiadanie wszystkiego od początku. Wreszcie definitywnie stwierdzamy z mężem, że nie wyrażamy zgody na szpital. Podpisujemy jakieś oświadczenie, a dziecko wciąż czeka i płacze. Badanie ogólne nic nie wykazuje. Pokazuję pani, że córeczka łapie się za uszko. Hm, to może być zapalenie ucha. Kieruje nas do laryngologa w sąsiednim budynku. Tam znów czekanie, zaciskanie zębów, żeby za dużo nie powiedzieć i nie narazić Zuzi na dodatkowe cierpienia. Wreszcie diagnoza: obustronne zapalenie uszu. Zalecam lek… Proszę z tą kartą wrócić do lekarza pediatry. Mamy już dość. Zuzka jest tak zmęczona, że gdy na chwilę zatrzymuję się, jej główka sama opada i oczy zamykają się. Niestety nie może zasnąć, bo znów wchodzimy do gabinetu. No tak, zapalenie uszu. Tak myślałam. Co pani doktor zaleciła? Musimy małą zważyć. Stawiamy nieprzytomną ze zmęczenia Zuzię na starej wadze z odważnikami. Proszę jej nie trzymać, musi na chwilkę stanąć sama. Zuzia boi się, znów krzyczy, nie chce mnie puścić. Wreszcie udaje się ustawić prawidłowo odważniki. Pani doktor przelicza dawkę leku i przekonuje nas, że lepiej by było gdyby została w szpitalu. Nie zgadzamy się. Będzie pani musiała 2 razy dziennie jeździć na zastrzyki. Trudno, będę jeździć. Nie jestem pewna tej wagi… zważmy ją jeszcze raz na drugiej wadze. W tym momencie zdejmuje pokrowiec z wagi dla niemowląt. Widzę, jak mój mąż powstrzymuje się, żeby nie wybuchnąć. Sadzamy córeczkę na drugiej wadze. Uspokojona lekarka wypisuje recepty, drukuje opis choroby i jakieś dokumenty. Każe nam się podpisać. Na koniec dochodzi do wniosku,że dziecko może mieć temperaturę. Wręcza mi termometr i poleca  zmierzyć w sąsiednim gabinecie. Zuzia broni się jak może przed włożeniem jej czegoś pod pachę. Tatuś stara się ją jakoś zabawić, ja trzymam mocno rączkę, żeby termometr nie wypadł. Wreszcie słychać pikanie. Temperatura 37,03. Odnoszę termometr, ale pani doktor nie jest zadowolona. Spogląda z niedowierzaniem, włącza termometr jeszcze raz i poleca ponowić mierzenie. Cała historia powtarza się od początku. Skoro nie ma gorączki to dobrze, stwierdza wreszcie. Woła pielęgniarkę i każe podać dziecku środek przeciwbólowy. Znów wracamy do gabinetu. Właśnie minęły jakieś 3 godziny odkąd się tam pojawiliśmy. Siadamy z Zuzią w poczekalni i maleńka przytulona do mojej piersi może wreszcie na chwilę zasnąć.
Mąż wyprowadzony całkowicie z równowagi pojechał właśnie do apteki po lek, który ma dostać Zuzia. Gdy wraca, córeczka jeszcze śpi. Idziemy z nią do gabinetu. Delikatnie układam ją na kozetce, rozbieram i słyszę, że trzeba ją obudzić, bo to niebezpieczne robić zastrzyk na śpiąco. Pewnie pielęgniarka ma rację. Całuję więc Zuzię i staram się żeby się nie przestraszyła. Pielęgniarka wydaje nam instrukcję: proszę ją trzymać tu i tu. Zastrzyk jest bolesny. Cała aż cierpnę. Biedne maleństwo tyle już dziś wycierpiało.
Wreszcie jest po wszystkim i uspokojona Zuzka siada z nami w poczekalni. Najwyraźniej po czopku ból uszu minął, bo zaczyna interesować się obrazkami na ścianach i leżącymi zabawkami. Bierze w rączki mimi (misia) i opowiada nam po swojemu, co widzi. Musimy czekać jeszcze jakiś czas, bo lekarstwo to pochodna penicyliny i może wywołać wstrząs.
Wreszcie po 4 godzinach wykończeni wracamy do domu. Przybiegają do nas zmartwione starsze dzieci i czule witają się z małą siostrzyczką. Dobrze, że już jesteście mówią.
A z TV dalej płyną smutne dźwięki, obrazy rozbitego samolotu, morze zniczy i kwiatów przed pałacem prezydenckim i mnóstwo ludzi chcących oddać hołd zmarłym.

Klosiek

Dziecko i pies

     Gdy nasze starszaki miały po kilka lat, bały się wszystkich biegających psiaków. My rodzice również nie wyobrażaliśmy sobie trzymania w domu czworonoga, do czasu…
Okazało się, że nasze najstarsze dziecko ma różnego rodzaju lęki (bała się, że wydarzy się coś strasznego, że ktoś zakradnie się do domu, widziała jakieś cienie, nie chciała sama zostawać w domu). Była już dzieckiem chodzącym do szkoły, gdy uradziliśmy z mężem kupić jej psa rasy golden retriever. Słyszeliśmy wiele dobrego o tych pieskach, o ich umiejętnościach, spokojnym usposobieniu, delikatności i opiekuńczości w stosunku do dzieci. Poza tym to duży pies i mieliśmy nadzieję, że Asia poczuje się przy nim bezpiecznie. Poza tym nasze najmłodsze wówczas kilkuletnie dziecię miało wielką potrzebę miłości – przytulania wszelkiego rodzaju misiaków pluszaków. Doszliśmy do wniosku, że mniejszy pies zostałby przez nią uduszony z tej wielkiej miłości.
Tak więc po okresie poszukiwania, kupiliśmy psa. Niestety nie mając doświadczenia zostaliśmy najzwyczajniej w świecie oszukani. Przywieźliśmy do domu ślicznego szczeniaka tyle że kundelka. Wyrósł na dużego psa, ale niestety nie posiadał cech, na których nam najbardziej zależało. Był kochany, ale bardzo silny i nie znosił innych psów. Na widok rywala wpadał w furię i atakował, a osoba na drugim końcu smyczy musiała używać nie lada siły żeby go utrzymać. Nie było więc mowy o samodzielnym wyprowadzaniu psa przez dzieci. Nie było rady. Musieliśmy znaleźć mu inny dom. Daliśmy ogłoszenie i dość długo wybieraliśmy mu nowych opiekunów. Nie chcieliśmy żeby męczył się zamknięty w 4 ścianach. Ten pies musiał mieć wybieg.
W końcu znaleźliśmy właściwych ludzi. Wszyscy odwieźliśmy naszego zwierzaka do nowego domu, pożegnaliśmy się i musieliśmy szybko uciekać, żeby łzy nie przesłoniły nam widoku drogi.
Chociaż był u nas tylko 10 miesięcy i nie był rasowcem, spełnił pokładane w nim nadzieje. Asia przestała się bać. Zaczęła zostawać w domu sama, powoli otwierała się na świat i ludzi. Mimo że musieliśmy się z nim rozstać i na pewno nie było to miłe przeżycie, to jednak pozostawił w nas ciepłe uczucia i wspomnienia do których często wracamy.
Obiecywaliśmy sobie, że już nigdy nie kupimy żadnego psa, ale nie dotrzymaliśmy słowa…

masz problem -> zadaj mi pytanie -> kliknij tutaj

Klosiek

Dopadł nas wirus

     Wszystko zaczęło się jakiś tydzień temu, kiedy to mój mąż poczuł się źle, zaczął kaszleć i kichać. Wizyta u lekarza okazała się konieczna i skończyło się na antybiotyku i tygodniowym zwolnieniu. Dla mnie były to ciężkie dni, bo musiałam sama zawozić i odbierać Zuzię od niani, zdążyć na czas do pracy no i przejąć wszystkie obowiązki, które normalnie dzielimy między siebie.
Miałam nadzieję, że Zuzanka uniknie choroby spędzając większość czasu z dala od chorego taty.
Niestety koleżanka z pracy zaserwowała mi kolejną dawkę fruwających wirusów. Potem był również kolega, który kichał, jak z armaty no i mój biedny zaatakowany ze wszystkich stron organizm poddał się. Nie pomogła nawet czosnkowo – miodowa mikstura, która zwykle stawia mnie na nogi. W piątek musiałam zostać w domu z nadzieją, że jak sobie poleżę, wypocę się i troszkę wyśpię, to choróbsko sobie pójdzie. Niestety gorączka nie chciała się poddać. Co jeszcze gorsze, wieczorem dołączyła do mnie Zuzia. Jej gorączka w porównaniu do mojej była tak wysoka, że od razu poczułam się zdrowsza.
Trzeba było znów zaaplikować czopki i kropelki do noska i przetrwać weekend. W poniedziałek obie pojechałyśmy do naszej pani doktor. Okazało się, że ja faktycznie jestem w niezłym stanie i poradzę sobie sama natomiast nasza kruszynka musi dostać drugi w swoim życiu antybiotyk. Zwykle jestem przeciwna ich podawaniu, ale tym razem zgodziłam się bez wahania. Maleństwo coraz gorzej się czuło, gorączka nie ustępowała, kaszel i katar się nasilały, dziecko zaczynało się dusić.
Teraz my siedzimy w domu i dochodzimy do siebie. Jest już znaczna poprawa, chociaż nie mogę powiedzieć, że jesteśmy zdrowe. Jutro jadę z Zuzką do kontroli.
Pogoda się poprawia, świeci słońce i robi się cieplej. Zaczyna chcieć się żyć. Trzeba szybko zdrowieć i nie dać się kolejnym wirusom, których nie brakuje w naszym otoczeniu o tej porze roku.

Klosiek

Siostrzana i braterska miłość

     Miłość małżeńska, miłość rodzicielska, miłość siostrzana i braterska – wszystkie równie ważne, dające człowiekowi szczęście, uczucie bezpieczeństwa i wlewające w duszę spokój. Nie można ich od siebie rozdzielać. Wszystkie tworzą bowiem harmonię i pozwalają prawidłowo się rozwijać.
Nasza Zuzia ma to szczęście, że z każdej strony otoczona jest miłością. Kochamy ją wszyscy. I chociaż każdy z nas inaczej okazuje swoje uczucia, to wiem, że są one szczere i silne.
Więzi między siostrami i bratem budują się i rozwijają wraz z rozwojem dziecka. Mylił by się ktoś mówiąc, że one po prostu są. Pamiętam moment powrotu z nowo narodzoną Zuzanką do domu. Starsze dzieci czekały z niecierpliwością na mnie i na maleńką siostrę. Było w nich dużo ciekawości, niepewności, obaw i rodzącej się dopiero miłości. Z każdym przeżytym wspólnie dniem ich wzajemne kontakty ulegały poprawie. Pierwsze uśmiechy, gaworzenie, zabawy, kroki… wszystko to wpływało na zacieśnienie więzi.
Dziś Zuzia sama wychodzi naprzeciw okazywanej jej miłości: tuli się do sióstr i brata, całuje ich, zagaduje po swojemu i rozbawia całą rodzinę. Cieszy się na widok rodzeństwa i chętnie z nimi bawi. Chociaż jeszcze nie potrafi powiedzieć za pomocą słów czego oczekuje, to doskonale zastępuje to mową swojego ciała.
Rodzeństwo radzi sobie z małą siostrzyczką doskonale i jak mówią już nie pamiętają, jak to było bez niej.
Nie zawsze jest oczywiście różowo i pięknie. Jak w każdej normalnej rodzinie i u nas zdarzają się gorsze dni: kiedy ogarnia złość, bo Zuzia budzi wcześnie rano swoim gaduleniem i nie pomogą tu nawet zamknięte drzwi; kiedy marudzi a wszyscy wychodzą już z siebie, żeby czymś ją zająć, kiedy rodzice są zajęci i ktoś musi się zaopiekować małą, kiedy usiłuje sama jeść i wkłada ręce do talerza rozrzucając wszystko dookoła…
To wszystko jednak nic nie znaczy, bo za chwilę znów na twarzy pojawia się uśmiech. Właśnie nieporadnie próbuje wymówić imię starszej siostry, młodszej rzuca się wręcz na szyję a bratu wpycha do buzi kawałek własnoręcznie obranej i troszkę wygniecionej mandarynki.
Po prostu nie można nie kochać takiego szkraba.

  Klosiek

Kłopotów ze spaniem ciąg dalszy

     Muszę się przyznać, że mimo sporego doświadczenia nie udało mi się całkiem uniknąć problemów związanych z nauką zasypiania Zuzanki. Pomimo zebrania wielu informacji i wyciągnięciu wniosków z wcześniej popełnianych błędów nie byłam wystarczająco konsekwentna w działaniu.
W okresie letnim, kiedy to upały dawały się nam wszystkim we znaki chciałam ulżyć maleńkiej dziecinie i postanowiłam wieczorami kłaść się z nią na dużym tapczanie przy otwartych oknach, żeby dziecko mogło wreszcie spokojnie zasnąć po ciężkim dniu. Nie wzięłam pod uwagę, że maleństwo natychmiast się do tego przyzwyczai i cała wcześniejsza nauka zasypiania pójdzie na marne. Jak można było przewidzieć, po kilku dniach Zuzia już domagała się towarzystwa mamy. Z początku zasypiała koło mnie prawie natychmiast a mnie było miło poleżeć blisko niej chociaż chwilkę. Twierdziłam, że jest fajnie, ale chyba tylko przekonywałam o tym samą siebie.
Po prostu bałam się zaczynać naukę od początku. Po niedługim czasie córcia zaczęła przed zaśnięciem zabawiać się z mamą, potem już nieźle brykała, a ja przypominałam sobie jak fajnie było, gdy zasypiała w swoim łóżeczku… Nie robiłam jednak nic, by to zmienić, bo ciągle czas był nieodpowiedni: a to była chora, potem wróciłam do pracy, w jej życiu pojawiła się niania, w końcu przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania i miała problemy emocjonalne, itp, itd.
Ostatecznie proces zasypiania Zuzi zaczął przeciągać się do ok. 1,5 godziny i zdarzało się często, że ja zdążyłam zasnąć razem z małą. Potem byłam już tak nieprzytomna, że nadawałam się tylko do ponownego położenia do łóżka.
Postanowiłam z tym skończyć. Powiedziałam sobie, że tak dalej być nie może. Przecież napisałam książkę, w której radzę innym, jak nauczyć dziecko spokojnego zasypiania.
Przyznam się, że bałam się zacząć, bo Zuzka była już dużo starsza. Jak wiadomo najłatwiej nauczyć samodzielnego zasypiania malutkie dzieciątko. Niepotrzebnie się jednak martwiłam. Wystarczyły 3 dni i Zuzia znów śpi, jak anioł w swoim łóżeczku. Wcale nie było histerii, rozdzierających serce scen, czy wielkiego płaczu. Owszem, pochlipała sobie troszkę, ale byłam przy niej, tłumaczyłam, całowałam i kładłam ponownie. Zrozumiała co powinna zrobić i już nie protestuje. Spokojnie żegna się ze swoim rodzeństwem i rozdaje na dobranoc buziaki. Potem siedząc na moich kolanach pije mleczko. Przytulamy się do siebie, całuję ją i mówię, że bardzo ją kocham. Układam córeczkę w łóżeczku i spokojnie wychodzę z pokoju, a ona przytula się do swojej myszki i zasypia.
Wreszcie znów mam trochę czasu dla siebie i reszty rodzinki.

Klosiek

Bolesne ząbkowanie trwa

Miałam nadzieję, że Zuzia uniknie problemów związanych z wyżynaniem się ząbków. Pierwsze 8 pojawiło się prawie niepostrzeżenie. Potem były 2 miesiące przerwy.
Aż tu nagle pierwszy tydzień lutego przyniósł niespodziewaną, gorączkę, płacz i ból. Zuzanka nie miała żadnych innych objawów poza wysoką temperaturą. Podawałam więc czopki i czekałam, że „coś” się rozwinie. Byłam w kontakcie z naszym pediatrą, który zasugerował mi, że to pewnie będzie 3-dniówka. Nasza dzidzia miała już tę infekcję za sobą. Okazało się jednak, że przypadłość ta może się powtarzać. Zostałam w domu, bo wiadomo, że chore dziecko najlepiej czuje się przy mamie i czekałam na rozwój domniemanej choroby.
Po trzech nocach i dwóch dniach zbijania gorączki, słupek rtęci nagle się obniżył. Temperatura zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Nie było wysypki, kataru, kaszlu… Zaczęłam głębiej zaglądać do małej buzi i … znalazłam nie 1 a 2 zęby trzonowe. Wyszły jednocześnie z góry i z dołu. Dziecku wrócił dobry humor, apetyt i radość życia.
Tydzień spokoju i znów nagle gorączka. W nocy Zuzia obudziła się z płaczem. Była cała rozpalona. Znów czopek, zmartwienie, ból, czekanie co dalej. Na drugi dzień jeszcze trochę gorączkowała i jest zdrowa jak ryba. Kolejny ząbek dał znać o sobie. Już go widać i po sprawie, ale jeszcze tyle miejsc pustych, w których pojawią się białe perełki. Obawiam się, że za każdym razem będą temu towarzyszyć takie same objawy.
Ile te dzieciny muszą się nacierpieć.

Klosiek

Studniówkowy partner

    Już dawno nie pisałam nic o moich starszych dzieciach, więc pozwolę sobie wtrącić słówko o naszej pierworodnej :)
Aśka jest maturzystką, ale nie matura jej teraz w głowie tylko studniówki. Piszę w liczbie mnogiej, bo ma okazję bawić się na dwóch (swojej i jako osoba towarzysząca u kolegi). Mamy już na szczęście za sobą zakupy typu sukienka, buty… Mam rozsądne dziecko, które nie „musi” mieć wszystkiego z najwyższej półki, co wcale nie oznacza, że nie jest wymagająca jeśli chodzi o strój. Owszem, wybredna jest, jak mało kto i niezdecydowana, jak ja. Trochę czasu minęło zanim wypatrzyła to, co chciała kupić, ale strój jest.
Makijaż, fryzura, manicure też nie stanowią problemu. Po próbie uczesania w salonie fryzjerskim Asia wróciła do domu i pierwsze, co zrobiła, to zmyła z siebie tony lakieru i brokatu. Po czym najzwyczajniej w świecie ułożyła sobie włosy po swojemu (ma bardzo króciutkie) i wreszcie była zadowolona.
Największe wyzwanie stanowiło znalezienie partnera na studniówkowy bal. Sprawa niby błaha i wydawałoby się zupełnie prosta. Niestety okazało się, że jest to bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek myśli. Jeśli dziewczyna nie ma swojego chłopaka, to musi się nieźle nagimnastykować i nagłowić, żeby dobrze się bawić.
Partner bowiem musi:

  •  być zaufany, żeby było wiadomo, czego się po nim można spodziewać
  • być fajny, miły, żeby było z nim o czym porozmawiać
  • umieć tańczyć (oczywiste!!!)
  • jakoś wyglądać (prezencja ma duże znaczenie), bo przecież koleżanki patrzą i porównują…
  • wykazać chęć pójścia (bez tego się nie da)
  • nie może / nie powinien / lepiej żeby nie był niczyim chłopakiem lub nawet obiektem niczyich westchnień

Znaleźć kogoś takiego jest bardzo trudno. Wiem to obserwując perypetie córki. Pierwszego kandydata sprzątnęła jej sprzed nosa koleżanka (była szybsza i zaprosiła go pierwsza). Drugi wymówił się brakiem odpowiednich umiejętności tanecznych, trzeciemu nie odpowiadał termin. Kolejni proponowani przeze mnie, spotkali się z dezaprobatą Asi. Ostatecznie przez chłopaka, który będzie jej dziś towarzyszył, pokłóciła się prawie na śmierć z dobrą koleżanką, bo jak ona mogła iść z kimś, do kogo tamta wzdycha już od dłuższego czasu… Sprawa się wyjaśniła i nastąpiła zgoda, ale obie dziewczyny unikają tematu studniówki.
Okazuje się bowiem, że dla niektórych osób studniówkowy partner to coś więcej niż towarzysz zabawy. Oj dziewczyny, po co tak komplikować sobie życie?
Bawcie się dobrze i niech wspomnienia pierwszego balu pozostaną na zawsze w Waszej pamięci. Niech będą piękne, radosne i niczym niezmącone.

Klosiek

Strach o Zuzię

     Jak pisałam w ostatniej notce, zaobserwowaliśmy u Zuzi tik, który bardzo nas zaniepokoił. Zaczęła mimowolnie machać główką, jakby mówiła „nie”. Dało się to zauważyć w czasie zabawy, zaraz po obudzeniu, czy gdy była niespokojna. Po pewnym czasie nasiliło się i właściwie przez cały dzień ruszała główką w opisany sposób.
Do głowy zaczęły przychodzić nam różne złe myśli. Po prostu martwiliśmy się i nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić. Podejrzewaliśmy nawet, że Zuzia źle znosi rozłąkę ze mną i pobyt u swojej najlepszej na świecie niani.
W końcu stwierdziłam, że muszę iść z dzieckiem do lekarza. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w gabinecie Zuzka ani myślała zaprezentować swój problem. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy p. doktor stwierdziła, że ją zbada i musiałam małą rozebrać, córeczka się zdenerwowała (kto by tam lubił ciągle się ubierać i rozbierać). Zdenerwowaniu zaczęły towarzyszyć nieświadome ruchy głowy. Lekarz sugerował mi, że dziecko może w ten sposób odreagowywać np. na brak kontaktu z matką i że prawdopodobnie jest to na tle emocjonalnym. Było to krótko przed świętami Bożego Narodzenia. Dostałam opiekę z zaleceniem poświęcania Zuzi dużo czasu i obserwacji.
Spędziliśmy wspólnie (całą rodzinką 2 tygodnie). Chodziliśmy na spacery, bawiliśmy się, byliśmy prawie ciągle razem. Przyniosło to oczekiwane efekty. Zuzia przestała machać główką. Robi to teraz dosyć często, ale świadomie. Daje nam wtedy wyraźnie do zrozumienia, że NIE chce jeść, NIE chce spać, NIE chce oglądać książki itp. Każde swoje NIE potwierdza przeczącym machaniem. Próbujemy uczyć ją machania na TAK, ale z tym jest gorzej :)
Dopiero analizując sytuację z mężem doszliśmy do wniosku, że wszystkiemu winna jest przeprowadzka. Od początku listopada do połowy grudnia byliśmy często zabiegani, zajęci załatwianiem spraw związanych z zamianą mieszkania. Odbieraliśmy Zuzię od niani i zostawialiśmy pod opieką starszych dzieci. Wracaliśmy do domu na kąpanie i kładliśmy córeczkę spać. Rano odwoziliśmy ją do niani i tak w kółko. Nie było to codziennie oczywiście, ale nic nierozumiejącemu maluchowi wystarczyło, aby się niepokoić. Skutkiem wewnętrznej frustracji, był tik, który tak nas przestraszył.
Uświadomiłam sobie jak bardzo dzieci nas obserwują, jak wiele zależy od naszego zachowania, jak łatwo zepsuć świat małego człowieka, jak delikatne istoty powierzył nam Stwórca. Trzeba się wiele natrudzić, aby wychować dobrego, otwartego na świat, optymistycznie nastawionego do życia człowieka. Nic, co zrobimy teraz, nie jest bez znaczenia dla przyszłości naszej i naszych dzieci.

Klosiek

Przeprowadzka

     Nadszedł czas, żeby wreszcie nadrobić zaległości…
A wszystko zaczęło się oczywiście od Zuzi. Odkąd ta mała Osóbka przyszła na świat (a nawet wcześniej, kiedy Jej jeszcze nie widzieliśmy), zaczęła wywierać ogromny wpływ na nasze spokojne dotąd życie.
Na naszym „starym” -47m – mieszkaniu wytrzymaliśmy w szóstkę prawie rok. Ostatnie miesiące były już naprawdę ciężkie. Zrobiło się nerwowo, raczkująca i zaczynająca dreptać Zuzka plątała się nam pod nogami, wszędzie rozrzucała swoje zabawki, a na dodatek budziły ją każde głośniejsze odgłosy.
Zaczęliśmy intensywnie myśleć, co zmienić, jak, gdzie… Pytań było wiele, a odpowiedzi w zasadzie żadnych. Gdy byliśmy już pomału u kresu wytrzymałości, nadarzyła się nam okazja zamiany mieszkania. Formalności było sporo: kredyt, bank, notariusz, a czas sobie płynął.
Wreszcie 12.12.2009 roku nastał dzień przeprowadzki. Zuzia skończyła właśnie 13 miesięcy i mało ją to wszystko obchodziło :)
Reszta rodziny natomiast żyła w magicznym świecie kartonów, worków i różnego rodzaju pakunków. Pakowanie zajęło nam coś około tygodnia, a przewiezienie tych rzeczy zajęło 4 godziny. Do dziś jednak przekładam różne „graty” z miejsca na miejsce i nie mogę się zdecydować, gdzie tak naprawdę powinny leżeć.
Zuzanka nie ułatwia mi zadania, bo jest właśnie na etapie zainteresowania zawartością różnego rodzaju szuflad i dostępnych jej małym rączkom szaf. Skutecznie wyrzuca z nich wszystko, ogląda z wielką ciekawością każdy przedmiot, po czym rzuca go (odkłada) na podłogę. Tak więc to, co włożyłam do szuflady za chwilę może się znaleźć zupełnie gdzie indziej. Nic nie mogę na to poradzić i pomału zaczynam się godzić z codziennym porządkowaniem placu boju.
Wróćmy do naszego nowego mieszkania…
Przede wszystkim jest duże (85m2). Każde ze starszych dzieci ma wreszcie swój wymarzony pokój, a my z Zuzią mamy sypialnię. Spełniło się pragnienie mojego męża – wreszcie nie trzeba codziennie po 2 razy ścielić łóżka. Można spokojnie zamknąć wieczorem drzwi i nasza Dzidzia może spokojnie spać. Nie musimy chodzić na palcach, a nawet jak normalni ludzie, możemy usiąść przed telewizorem i zwyczajnie obejrzeć film. Na dodatek mamy duży salon (to było moje marzenie), w którym możemy przyjmować gości, czy posiedzieć sobie całą rodzinką. Nawet pies ma swoje wygodne miejsce i chyba też jest zadowolony…hau, hau :)
Żeby jednak nie było zbyt pięknie, są też minusy naszej przeprowadzki. Głównym i najbardziej dokuczliwym są dojazdy. Mieszkamy teraz w dzielnicy znacznie oddalonej od centrum miasta. W godzinach szczytu dzieci jadą do szkół środkami komunikacji miejskiej około godziny. My musimy jeszcze po drodze do pracy i z pracy zawieźć i odebrać Zuzię od niani. Droga zajmuje nam więc również około godziny. Powoduje to, że mniej się widzimy i bardzo skrócił nam się dzień. Na razie ciągle się do tego przyzwyczajamy. Na dodatek zima w tym roku jak na złość jest prawdziwą zimą. Utrudnia nam to jeszcze bardziej poruszanie się. Jak przetrwamy do wiosny, to dalej już będzie z górki.
Dużym minusem a właściwie konsekwencją przeprowadzki był (na szczęście chwilowy) nerwowy tik Zuzki…
Napiszę o tym w kolejnej notce.

 
 

Klosiek