Dzień w biegu

     Ostatnie dni były pełne rodzinnego gwaru i krzątaniny – w końcu kilka dni wolnego dla wszystkich. Wydawałoby się, że jak wolne, to da się troszkę zwolnić tempo życia. W moim przypadku na ogół jest odwrotnie, bo im więcej ludzi w domu, tym większe zamieszanie.
Już we środę wieczorem było wielkie pakowanie, bo Asia przygotowywała się do wyjazdu do Anglii i Szkocji. W Boże Ciało od rana panowała nerwowa atmosfera, bo zaraz po wczesnej mszy św. wyjeżdżała na wymarzoną wycieczkę. Trzeba więc było wcześniej wstać, przygotować jej na drogę prowiant, usmażyć ulubione kotlety z piersi kurczaka, szybko zjeść śniadanie, jechać do kościoła… Wszystko w biegu, z zegarkiem w ręku, żeby zdążyć na miejsce zbiórki. Jeszcze tylko gorące uściski, znak krzyża na czole i w drogę.
A ja znów pędem do domu, gdzie została Zuzia pod opieką Karolinki. Musiałam się spieszyć, bo mała powinna dostać jedzenie. Na szczęście zdążyłam zanim się obudziła. Zdążyłam też zjeść drugie śniadanie, przygotować obiad, żeby po procesji nie trzeba było długo czekać. Kiedy Zuzia wreszcie otworzyła oczy, powinniśmy już właściwie wychodzić z domu. No więc znów w biegu zrobiłam dziecku budyń mleczny, nakarmiłam , przebrałam i… już mogłyśmy wyruszyć.
W towarzystwie syna, prawie biegiem na skróty przez park goniliśmy idącą już z kościoła procesję. Mąż również wybiegł chwilę przed nami, bo jako zapalony fotograf musiał uwiecznić to ważne wydarzenie z życia naszej parafii na fotkach.
Udało nam się dołączyć do procesji jeszcze przed pierwszym ołtarzem, więc bylibyśmy nieźli w maratonie wózkowym :)
No i wreszcie chwilowo mogliśmy zwolnić, uff. Ale już po procesji znów szybko do domu, bo czas posiłku małej no i reszcie rodziny w brzuchach zaczęło już mruczeć.
Przy pomocy rodzinki raz dwa udało się dokończyć obiad i we względnym spokoju go zjeść. Potem Zuzia zapadła w poobiednią drzemkę, a my pogawędziliśmy sobie nieco. Niestety o spokoju nie było co marzyć, bo mężowi zachciało się jechać w gości. A na dworze, jak przystało na Boże Ciało, burza i deszcz. Do mojego serca wkradła się mała nadzieja, że może jednak posiedzimy sobie w domu. Ale nie.
Zuzia wyspała się, deszcz przestał padać i nie pozostało mi nic innego, jak zapakować pieluchy, jedzonko, zapasowe ciuszki i wyruszyć w drogę. Na szczęście wizyta nie trwała długo. Dzidzia była już zmęczona i marudziła cały czas, pogoda nie chciała się poprawić i wszystko wskazywało na to, że zacznie znów solidnie padać. Po kawce zapadła więc decyzja o powrocie.
Tym razem prowadziłam ja, bo mężuś wypił sobie piwko. Dotarliśmy do domu ścigani przez straszne, czarne chmury. Wysiadaliśmy z samochodu, gdy zaczęły już spadać pierwsze krople i wiało okropnie.
Wchodząc do mieszkania odetchnęłam z ulgą. Nareszcie spokój. Wykąpaliśmy Zuzkę i ona jakby rozumiejąc, że mama jest wykończona, zasnęła prawie natychmiast – dużo przed swoim zwykłym czasem.
A ja zamiast iść spać, dałam się namówić synowi na wspólne oglądanie filmu. No i siedzieliśmy prawie do północy.
I niech mi ktoś powie, że w wolny dzień można odpocząć…

Klosiek