Nie wolno wychylać się z tłumu

     W niedzielę od rana było strasznie gorąco i parno. Karolina wraz ze szkolnym chórem miała śpiewać podczas niedzielnej mszy św. Wybrałam się więc bez Zuzi i wózka specjalnie na tę godzinę, żeby posłuchać, jak śpiewa moja córa.
Po wejściu do kościoła od razu buchnęła na mnie duchota. Stanęłam sobie przy filarze, żeby się troszkę o niego oprzeć, bo wydawało mi się, że nie ma już miejsc siedzących.
Całą oprawę liturgiczną przygotowała młodzież z gimnazjum (bardzo ładnie zresztą :) ). Były więc komentarze, procesja z darami, śpiewany psalm, przygotowane czytania… super. Wszystko bardzo pięknie, tylko to gorąco!
Zupełnie nie mogłam się skupić. Nagle zauważyłam, że w ławce prawie obok mnie jest sporo wolnego miejsca. Zaczęłam tęsknie zerkać w tę stronę. A tam obok siedzącej z koleżankami uczennicy leżały torby, plecaki i kurtki. Wyglądało tak, jakby trzymała dla kogoś miejsca. Stałam więc grzecznie dalej i czułam, jak pot płynie mi po plecach. Wytrzymałam do kazania, a obok mojej sąsiadeczki nadal „wolne”. Nachyliłam się do niej i zapytałam grzecznie, czy mogłabym usiąść. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi tylko dziewczę zaczęło przesuwać stertę bagaży. Wcisnęłam się skromnie na zrobione mi miejsce i odetchnęłam z ulgą . Nareszcie.
Po chwili, gdy doszłam trochę do siebie, zaczęłam się dyskretnie przyglądać siedzącej obok mnie młodzieży. Wszyscy grzecznie siedzą, nikt nie przeszkadza, tylko te torby…! Przecież pod ławką jest tyle miejsca, że zmieściłyby się tam wszystkie. Pozwoliłoby to usiąść jeszcze jednej osobie. Stwierdziłam, że nie warto im zwracać uwagi (może niesłusznie).
Przed przekazaniem znaku pokoju młoda osoba przeczytała piękny komentarz. Nie pamiętam dokładnie słów, ale końcowa jego myśl to zachęta do podania ręki sąsiadom w geście pokoju. I tu znów spotkało mnie zaskoczenie, bo nastolatka siedząca obok mnie, jakby bała się w ogóle spojrzeć w moją stronę. Podałam jej rękę a ona słabiutko odwzajemniła uścisk i szybko odwróciła się.
Plecaki leżały więc sobie na ławce do końca mszy, a ja w drodze powrotnej zaczęłam się zastanawiać nad zachowaniem dziewczyny.
Doszłam do wniosku, że ona się bała. Czego?
Siedziała sobie niezauważona przez nikogo. Żeby zrobić miejsce w ławce musiałaby się wychylić z tłumu, zdjąć torby – pewnie też nie swoje. Musiałaby wstać i pokazać mnie czy innej osobie, że można usiąść… Wszyscy zwróciliby na nią uwagę i jeszcze ktoś by ją wyśmiał, że taka porządna. Tego się przecież teraz nie robi. A potem jeszcze wyciągnąć rękę do obcej osoby? Co to, to nie.
Smutne to, bo przecież nikt nie jest samotną wyspą. Jeśli będziemy zamknięci w sobie, nieczuli na ludzi wokół siebie, to po jakimś czasie okaże się, że jesteśmy po prostu samotni w tłumie.

Klosiek

Zmartwienia matki

     Dlaczego jest tak, że matka martwi się wszystkim? Tym, co sama przeżywa i na co ma jakiś tam wpływ oraz tym, co jest poza nią. Troski dnia codziennego: strach o pracę, nieustanny brak funduszy na zwyczajne drobiazgi i na to, co do przysłowiowego gara włożyć, co jakiś czas trzeba się trochę pomartwić o zdrowie tego, czy innego członka rodziny…itp.
Największym zmartwieniem matki, czyli moim, są jednak niepowodzenia dzieci. No bo jak tu przejść obojętnie obok dziecka, które ze łzami w oczach i strachem w sercu wkuwa geografię, żeby mieć spokojne wakacje? Faktem jest, że dziecię moje zawaliło sprawę w ciągu roku i teraz są tego smutne konsekwencje, ale… to przecież moje dziecko. Przybieram więc srogą minę i usiłuję zmobilizować załamane dziewczę. Tłumaczę, że da radę, zdąży. A ona spuszcza nos na kwintę i widzę, że już prawie się poddaje.
O losie, trzeba tylko trochę wiary we własne siły! Nie mogę w żaden sposób przekonać jej, że dużo potrafi i jeszcze więcej może. Martwię się więc o nią, bo do nastolatki trudno czasem dotrzeć. I chociaż mam już doświadczenie w rozmowach z młodzieżą, to w tym przypadku napotykam na wysoki mur. Tylko chwilami wyłania się zza niego uśmiechnięta buzia mojej kochanej córeczki.

Klosiek

Czy nastolatki chcą być całowane przez rodziców

Niedawno podczas zabawy, pieszczenia i całowania półrocznej Zuzi wyraziłam żal, że nasze starsze dzieci są już takie duże i nie można ich ciągle całować. Na moją uwagę niespodziewanie zareagowała najstarsza Asia, która odparła, że przecież wcale tak nie jest. Ona jak najbardziej chce i nigdy nie miała nic przeciwko całowaniu jej przez rodziców, bo przecież nas kocha i my ją kochamy. Szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyła, bo wydawało mi się, że tak troszkę „kradnę” im te całusy.   Z pewnym wahaniem stwierdziłam, że nie wiem, czy wszyscy tak myślą. No bo może dziewczyny mają troszkę inne spojrzenie na tę kwestię niż chłopaki. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że skoro już o tym rozmawiamy, to trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości. Poszłam więc zapytać syna. Jacek zdziwił się, gdy zapytałam go, czy mogę go całować. Pewnie się przestraszył, czego od niego chcę  hehe i kto wie, co o mnie pomyślał  wstyd , bo powiedział: no nie wiem… Szybko dodałam więc: no wiesz np. na dobranoc. Wtedy uśmiechnął się i odpowiedział: chyba tak. No i tym sposobem uzyskałam zgodę nastolatków na wyrażanie mojej miłości poprzez buziaki. Oczywiście wiem, że nie zawsze i nie wszędzie jest to dozwolone, ale w zaciszu domowym nawet nastoletni chłopak nie ma nic przeciwko temu. A może nawet  potrzebuje takich rodzicielskich dowodów miłości? ( chociaż głośno się do tego nie przyzna ).