Wycieczka nad morze

     W sobotę byliśmy nad Bałtykiem. Nie była to wcale zaplanowana wyprawa. Zwyczajnie, mój mąż zaproponował w piątek wycieczkę nad morze. Wszyscy mieliśmy już tak dosyć gorąca w murach naszego bloku, że zdecydowaliśmy się prawie natychmiast. Tylko ja miałam obawy związane z jazdą samochodem. Nie jestem bowiem jeszcze wprawnym kierowcą. Prawo jazdy mam od 1,5 roku, ale w związku z ciążą nie jeździłam dużo. Poza tym chociaż nie jestem blondynką, naoglądałam się filmów o prowadzeniu samochodu przez panie i miałam stracha, żeby nie dać jakiejś plamy. Na szczęście wszystko przebiegło bez problemów, a jazda autostradą była przyjemnością. Gdyby nie straszne kolejki do bramek przy wjeździe i wyjeździe, to można by pomyśleć, że to zachód…
Nasza mała Zuzka też spisała się na medal i prawie całą drogę spała. Nad morzem podobało jej się bardzo czemu dawała wyraz przez śliczne uśmiechy i entuzjastyczne machanie rączkami i nóżkami. Widać było, że najchętniej pobiegłaby po miękkim piasku prosto do wody. Sprawiała wrażenie jakby to było jej ulubione miejsce na ziemi. Śmiałam się nawet, że ona przecież już zna szum fal, bo w zeszłym roku, kiedy nosiłam ją jeszcze pod sercem, byliśmy nad morzem na wakacjach. Nie przeszkadzał jej ani wiatr, ani słońce ani duża ilość ludzi. Po prostu była w swoim żywiole.
Cała reszta rodzinki również była zadowolona. Spędziliśmy razem cały dzień, oderwaliśmy się od codzienności i było nam dobrze razem. Wróciliśmy do domu wieczorem.
Nie mogliśmy zostać dłużej ze względu na psa, którego zostawiliśmy na przechowanie u znajomych. Tak, tak – nasz piesek jest kochany, ale mamy zawsze kłopot, gdy chcemy gdzieś wyjechać. Nie wszędzie niestety można zabrać go ze sobą.
To był piękny dzień i mamy nadzieję, że uda się w te wakacje zorganizować jeszcze wiele takich wypadów.

 

Klosiek

Psychiatra nie potrzebny od zaraz

     Nawiązując do ostatniego postu „Czy można wychowywać dziecko i nie zwariować” pragnę podziękować wszystkim za komentarze. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że problem nazwany tak, czy inaczej, po prostu istnieje. Wiele mam zajmując się małymi dziećmi w domu i z konieczności ograniczając swoje kontakty do minimum, czuje się zwyczajnie sfrustrowanych. Nie oznacza to wcale, że są złymi matkami lub że nie kochają swoich dzieci. Wręcz przeciwnie – starają się oddać swojemu dziecku i poświęcają się mu bez reszty. Stąd też brakuje im czasu dla siebie, który mogłyby poświęcić na zrelaksowanie się i odpoczynek. Zdarza się też, że nie mają możliwości znalezienia chwilki dla siebie, bo samotnie wychowują dziecko.
Kobietom zmęczonym nieustannym byciem w gotowości (24h na dobę), usiłującym sprostać wszystkim obowiązkom i miewającym czasem (tak jak ja) gorszy nastrój nie jest potrzebny psychiatra, ani żaden inny lekarz. Matkom potrzeba życzliwości ze strony rodziny i nie tylko, pomocy w wykonywaniu codziennych obowiązków, a przede wszystkim kontaktów ze światem i wolnego czasu dla siebie.
Pewnie niektórzy się oburzą. Ale czyż nie każdemu myślącemu człowiekowi konieczna jest chwila zadumy na zastanowienie się, odprężenie, rozładowanie napięć wewnętrznych? Jeśli nie ma czasu, żeby zastanowić się nad swoim życiem wpada się w wir, z którego trudno się wydostać. Potem nie wie się już czy się żyje po to, żeby pracować, czy pracuje się po to, żeby żyć.
Ja zdecydowanie chciałabym pracować po to, żeby żyć. Żyć godnie. Moja rodzina i dzieci nie ucierpiały wcześniej z powodu moich obowiązków zawodowych i nie skrzywdzę ich teraz.

Klosiek

Dzień w biegu

     Ostatnie dni były pełne rodzinnego gwaru i krzątaniny – w końcu kilka dni wolnego dla wszystkich. Wydawałoby się, że jak wolne, to da się troszkę zwolnić tempo życia. W moim przypadku na ogół jest odwrotnie, bo im więcej ludzi w domu, tym większe zamieszanie.
Już we środę wieczorem było wielkie pakowanie, bo Asia przygotowywała się do wyjazdu do Anglii i Szkocji. W Boże Ciało od rana panowała nerwowa atmosfera, bo zaraz po wczesnej mszy św. wyjeżdżała na wymarzoną wycieczkę. Trzeba więc było wcześniej wstać, przygotować jej na drogę prowiant, usmażyć ulubione kotlety z piersi kurczaka, szybko zjeść śniadanie, jechać do kościoła… Wszystko w biegu, z zegarkiem w ręku, żeby zdążyć na miejsce zbiórki. Jeszcze tylko gorące uściski, znak krzyża na czole i w drogę.
A ja znów pędem do domu, gdzie została Zuzia pod opieką Karolinki. Musiałam się spieszyć, bo mała powinna dostać jedzenie. Na szczęście zdążyłam zanim się obudziła. Zdążyłam też zjeść drugie śniadanie, przygotować obiad, żeby po procesji nie trzeba było długo czekać. Kiedy Zuzia wreszcie otworzyła oczy, powinniśmy już właściwie wychodzić z domu. No więc znów w biegu zrobiłam dziecku budyń mleczny, nakarmiłam , przebrałam i… już mogłyśmy wyruszyć.
W towarzystwie syna, prawie biegiem na skróty przez park goniliśmy idącą już z kościoła procesję. Mąż również wybiegł chwilę przed nami, bo jako zapalony fotograf musiał uwiecznić to ważne wydarzenie z życia naszej parafii na fotkach.
Udało nam się dołączyć do procesji jeszcze przed pierwszym ołtarzem, więc bylibyśmy nieźli w maratonie wózkowym :)
No i wreszcie chwilowo mogliśmy zwolnić, uff. Ale już po procesji znów szybko do domu, bo czas posiłku małej no i reszcie rodziny w brzuchach zaczęło już mruczeć.
Przy pomocy rodzinki raz dwa udało się dokończyć obiad i we względnym spokoju go zjeść. Potem Zuzia zapadła w poobiednią drzemkę, a my pogawędziliśmy sobie nieco. Niestety o spokoju nie było co marzyć, bo mężowi zachciało się jechać w gości. A na dworze, jak przystało na Boże Ciało, burza i deszcz. Do mojego serca wkradła się mała nadzieja, że może jednak posiedzimy sobie w domu. Ale nie.
Zuzia wyspała się, deszcz przestał padać i nie pozostało mi nic innego, jak zapakować pieluchy, jedzonko, zapasowe ciuszki i wyruszyć w drogę. Na szczęście wizyta nie trwała długo. Dzidzia była już zmęczona i marudziła cały czas, pogoda nie chciała się poprawić i wszystko wskazywało na to, że zacznie znów solidnie padać. Po kawce zapadła więc decyzja o powrocie.
Tym razem prowadziłam ja, bo mężuś wypił sobie piwko. Dotarliśmy do domu ścigani przez straszne, czarne chmury. Wysiadaliśmy z samochodu, gdy zaczęły już spadać pierwsze krople i wiało okropnie.
Wchodząc do mieszkania odetchnęłam z ulgą. Nareszcie spokój. Wykąpaliśmy Zuzkę i ona jakby rozumiejąc, że mama jest wykończona, zasnęła prawie natychmiast – dużo przed swoim zwykłym czasem.
A ja zamiast iść spać, dałam się namówić synowi na wspólne oglądanie filmu. No i siedzieliśmy prawie do północy.
I niech mi ktoś powie, że w wolny dzień można odpocząć…

Klosiek

Dzień Dziecka każdego dnia

     Dziś Dzień Dziecka, więc należy wszystkim malutkim i troszkę większym dzieciom życzyć wszystkiego co najlepsze.
To 1 czerwca nasze pociechy oczekują, że będziemy o nich pamiętać, obdarzymy upominkiem, buziakiem, ciepłym słowem. Moje aniołki (te większe) też oprócz życzeń chcą czegoś więcej… Nie będzie wielkiej pompy. Może pójdziemy na lody, albo do kina – zobaczymy. A Zuzia jeszcze nie wie, że dzisiaj ma święto :) , chociaż to ona dostała wielką paczkę słodyczy z mojego zakładu pracy. Oczywiście ze słodkościami rozprawiło się skutecznie jej starsze rodzeństwo, ale i tak uciechy było, co nie miara.

A tak naprawdę w tym dniu i w każdym innym najważniejsze jest poczucie bliskości, miłości, świadomość bycia kochanym.
Nie wymaga to od nas wielkich nakładów pieniędzy, kłopotów z wymyślaniem super prezentu, czy dużo cennego czasu.
Możemy dawać to wszystko naszym dzieciom i sobie w bardzo prosty sposób – przytulając się jak najczęściej.

Pięknie oddają tę prawdę słowa Virginii Satir:

?By przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie.
By zachować zdrowie ? trzeba ośmiu uścisków dziennie.
By się rozwijać, trzeba dwunastu uścisków dziennie.?


Klosiek

… i że Cię nie opuszczę aż do śmierci

     Przeczytałam na pewnym blogu, że małżeństwo z rozsądku jest ok. Nie każdy chciałby żyć w takim związku, ale generalnie może to i dobre rozwiązanie, bo jak nie było miłości to nie można jej przecież stracić.
A według mnie taki układ zaprzecza istocie małżeństwa. Bo zdrowy związek dwojga ludzi musi być oparty na wzajemnej miłości i szacunku. Tylko bliskość ciał i dusz może dać nam pewność, że uczucie przetrwa próbę czasu. I nawet sakramentalne „tak” wypowiedziane przed ołtarzem nie daje gwarancji na trwały związek. Bo ślubowanie sobie wzajemnie miłości to nie magia. I ani ksiądz ani fakt zawarcia związku małżeńskiego w kościele, USC, czy gdziekolwiek indziej nie zapewni nas, że wszystko w życiu ułoży się po naszej myśli, zgodnie z życzeniem i marzeniami, że nie będzie trudności i kryzysów.
Trzeba ogromnego wysiłku i codziennych starań, aby pielęgnować miłość, która połączyła dwoje ludzi. Każdy musi to zrobić sam. Obowiązkiem małżonków jest dbanie o swoją miłość tak, aby była coraz piękniejsza i nigdy nie wygasła. Nie oznacza to, że nie będzie trudności, kłótni, czy nieporozumień. Ślubowanie sobie miłości w obliczu Boga daje moc i siły do pokonywania przeciwności losu.
Jeśli dwoje ludzi wiąże prawdziwa i głęboka miłość to nie wolno z niej rezygnować tylko dlatego, że nie chce nam się zmierzyć z problemami. Czy jeśli dziecko zrobi coś złego to rodzice przestają je kochać? NIE
Dlaczego więc dorośli i odpowiedzialni ludzie tak łatwo się poddają i doprowadzają do rozpadu swoich małżeństw? Nie chcą sobie wybaczać, nie ufają i nie dążą do porozumienia?

    Miłość cierpliwa jest,
    łaskawa jest.
    Miłość nie zazdrości,
    nie szuka poklasku,
    nie unosi się pychą;
    nie dopuszcza się bezwstydu,
    nie szuka swego,
    nie unosi się gniewem,
    nie pamięta złego;
    nie cieszy się z niesprawiedliwości,
    lecz współweseli się z prawdą.
    Wszystko znosi,
    wszystkiemu wierzy,
    we wszystkim pokłada nadzieję,
    wszystko przetrzyma.
    Miłość nigdy nie ustaje
(1Kor 13)

Klosiek

Dzień jak co dzień

     A u nas życie płynie sobie spokojnie z dnia na dzień. Zuzia rośnie i jest coraz sprawniejsza. Ostatnio zainteresowała się swoimi nóżkami i bardzo chętnie się nimi bawi. Najzabawniej wygląda, gdy ją przebieram i gołe nożki zadziera wysoko do góry. Łapie się za stópki i koniecznie chce włożyć sobie do buzi ( często jej się to udaje :) Uwielbia też zakładać nóżki na szczebelki łóżeczka i „wędrować” dookoła własnej osi. Robi to bardzo szybko i poprawianie jej na poduszeczce nic nie daje, bo po chwili leżą tam sobie wygodnie małe nóżki. Ćwiczy też ambitnie wkładanie smoczka odpowiednim końcem do buzi. Wcale nie jest to łatwa sztuka…
Nasza młodzież walczy ambitnie o lepsze oceny, bo koniec roku już blisko. Chciałoby się mieć dobre świadectwo, to trzeba się troszkę wysilić. Ogólnie jednak rzecz biorąc nie bardzo się chce siedzieć nad książkami, zwłaszcza, gdy na dworze świeci pięknie słońce i wiosna w pełni. To akurat rozumiem, bo też pamiętam, że w tym okresie nie było łatwo się skupić.
A Zuzia po mlecznym śniadanku i odrobinie wspólnej zabawy robi sobie dwugodzinną drzemkę ( bo noc taka krótka  ziew ). Mamusia w tym czasie zajmuje się sprzątaniem, praniem, gotowaniem i wszystkim, co wpadnie w ręce. Potem idziemy na spacer do parku, w czasie którego mała znów śpi. Dziś było bardzo gorąco i duszno, a burza na którą się zbierało już od wczoraj jakoś nie chciała do nas przyjść. Po powrocie czas na obiadek. Dziś Zuzka mnie zaskoczyła, bo po raz pierwszy z wielkim apetytem zjadła jarzynową zupkę ze słoiczka. Dotąd słabo jej to przechodziło przez zęby, których jeszcze nie ma…
Jak się mały człowiek naje, to co robi? – oczywiście znów śpi. Ciężko było zasnąć w tej duchocie chociaż oczka same się zamykały. A po południu to już tylko zabawa aż do kąpania, które po prostu uwielbia. Jest to też czas wspólnej zabawy z tatusiem. Zaśmiewa się czasem tak głośno i długo, że nie wiem czy się śmieje, czy płacze. Uderza rączkami w wodę i nic sobie nie robi z ochlapanej buzi. Przeciera twarz łapką i dalej robić fontanny.  Dziś miała tyle energii, że przy naszej kolacji zabawiała wszystkich swoimi minkami i uśmieszkami. Zasnęła dopiero koło 21:30. W samą porę, bo za oknem zaczęło grzmieć, wiać i solidnie padać. Powietrze się odświeżyło i nareszcie można swobodnie oddychać. Zaraz idę spać, bo spadające krople deszczu są piękną melodią i gwarantują kolorowe sny.

Klosiek

Jak zatrzymać młodość?

     Gdy pół roku temu oczekiwałam na narodzenie naszego czwartego dziecka, najbardziej martwiłam się, że będzie miało starą mamę. Policzyłam sobie, że jak pójdzie do szkoły, to ja będę już miała na karku 50tkę :(
Teraz jednak doszłam do wniosku, że właściwie nigdy nie czułam się staro. Uwielbiam spacerować z wózkiem i nie wydaje mi się, że wyglądam na babcię swojego dziecka. Zresztą nie o to w tym wszystkim chodzi.
Można mieć 20 lat, wyglądać kwitnąco, a mieć duszę staruszki ( nie chcę oczywiście nikogo obrazić ). Mam na myśli fakt, że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje. Jeśli zamknie się w swoim świecie, żyje tylko na własny rachunek nie oglądając się na innych, to łatwo wtedy o zgorzknienie, wycofanie się z życia, sarkazm, cynizm, melancholię i „starość”. Widziałam już takich młodych staruszków, którym na niczym nie zależy, nic im się nie chce i w ogóle nie da się z nimi pogadać.
I chociaż w tym roku skończyłam już 43 lata nie wyobrażam sobie życia bez kontaktów z młodymi ludźmi, robienia czegoś poza pracą, rozwijania swojej osobowości, marzeń o lepszej przyszłości, rozmów z moimi nastolatkami i ciągłego rozwijania miłości mojego życia, która zaczęła się 20 lat temu.
Uważam, że stan naszego ducha wpływa na wygląd zewnętrzny. Im jesteśmy bardziej radośni, otwarci, spokojni wewnętrznie, szczęśliwsi, tym nasze oblicze bardziej jaśnieje, oczy błyszczą, a energia aż nas rozpiera. Nie da się zatrzymać siwienia ( można się pofarbować ), powstawania zmarszczek ( kremy, operacje plastyczne ), przemijania czasu i przybywania kolejnych lat. Dzięki medycynie i przeróżnym preparatom można ten proces opóźnić, ale co nam z tego przyjdzie, jeśli wewnątrz będziemy wypaleni?
Najlepszym sposobem na zatrzymanie młodości jest czuć się młodym, przebywać w towarzystwie młodych, żyć pełnią życia, uczestniczyć w życiu swoich dorastających dzieci i robić coś dla innych. Dopóki człowiek czuje się potrzebny, akceptowany, kochany, spełniony, dopóty starość nie ma do niego dostępu. I choćby miał lat 70, czy więcej może się czuć młodo i być młodym duchem.

Klosiek

Czy nastolatki chcą być całowane przez rodziców

Niedawno podczas zabawy, pieszczenia i całowania półrocznej Zuzi wyraziłam żal, że nasze starsze dzieci są już takie duże i nie można ich ciągle całować. Na moją uwagę niespodziewanie zareagowała najstarsza Asia, która odparła, że przecież wcale tak nie jest. Ona jak najbardziej chce i nigdy nie miała nic przeciwko całowaniu jej przez rodziców, bo przecież nas kocha i my ją kochamy. Szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyła, bo wydawało mi się, że tak troszkę „kradnę” im te całusy.   Z pewnym wahaniem stwierdziłam, że nie wiem, czy wszyscy tak myślą. No bo może dziewczyny mają troszkę inne spojrzenie na tę kwestię niż chłopaki. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że skoro już o tym rozmawiamy, to trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości. Poszłam więc zapytać syna. Jacek zdziwił się, gdy zapytałam go, czy mogę go całować. Pewnie się przestraszył, czego od niego chcę  hehe i kto wie, co o mnie pomyślał  wstyd , bo powiedział: no nie wiem… Szybko dodałam więc: no wiesz np. na dobranoc. Wtedy uśmiechnął się i odpowiedział: chyba tak. No i tym sposobem uzyskałam zgodę nastolatków na wyrażanie mojej miłości poprzez buziaki. Oczywiście wiem, że nie zawsze i nie wszędzie jest to dozwolone, ale w zaciszu domowym nawet nastoletni chłopak nie ma nic przeciwko temu. A może nawet  potrzebuje takich rodzicielskich dowodów miłości? ( chociaż głośno się do tego nie przyzna ).